Moi rodzice nigdy nie byli na dłuższym wyjeździe zagranicznym. Mama zawsze powtarzała, że chciała zobaczyć Rzym, Tate myślał o Meksyku (to chyba przez westerny i filmy z Banderasem ( ͡° ͜ʖ ͡°)), jednak żadne z nich nigdy nie podjęło próby by wyjechać nawet na te 3 dni. Rozumiem ich, to pokolenie czasów PRL, gdzie liczyło się każdy grosz i takie wyjazdy uważało za fanaberię.
Jednak


























Może jest jakiś element polskiej kultury który przegapiłem a który wdrukowuje w te kobiety imperatyw poświęcenia. Takiego poświęcenia którego nikt nie oczekuje i nikt nie chce.