Ile macie osób w życiu, których śmierć by wami wstrząsnęła, którą byście mocno przeżyli i może opłakiwali? Ostatnio stwierdziłem, że w swoim życiu chyba zliczyłbym ich na palcach jednej ręki. Nie jest tak, że śmierć kogoś z rodziny albo znajomych jest mi obojętna. Po prostu najczęściej jedyna myśl, jaka mi towarzyszy, to "No trudno, żyje się dalej" i jakieś miłe wspomnienie. Idę po pogrzebie do domu i wracam do swoich obowiązków, prawie
Północ się zbliża(ła). Godzina duchów.
Nie macie czasami dość faktu, że życie tak naprawdę nie ma sensu?
Bo przecież nie ma sensu rozmnażanie i kontynuacja gatunku - znaczy, ma sens dla zwierząt, ale człowiek (prawdziwy człowiek) nie jest zwierzęciem. Nie poddaje się instynktom. Ludzkość neguje instynkty zabijania, wybicia rywalizującego stada, zdobycia partnera seksualnego siłą, dystrybucji zasobów tylko dla najsilniejszych by wybić najsłabszych - ale jednocześnie wszyscy upierają się nad koniecznością rozmnażania jawnie
@gwynebleid: Sens nadajemy my - nie ma dobra ni zła jest jedynie bezsens świata (choć nie wykluczam, że jednak istniejemy w jakimś celu - choćby sumulacja), jednak jestem zdania, że życie jest naturalnym wrogiem entropii, jakiś balans musi być ( ͡º ͜ʖ͡º). A może wszechświat i my jest jedynie jedną z wielu milionów komórek nerwowych naszego boga ? :) wiele przemyśleń a wiary wciąż brak (