Fuck, ale dziwne uczucie. Zrobiłem dzisiaj eksperyment pod tytułem: "masz wolny dzień, ale i tak pracujesz od 9:00 do 17:00". Zasada jest prosta: moje 'produktywne' cele mają być zaliczone przed 17:00 (i nie pracuję nad nimi więcej), a 'nieproduktywnymi' (planuję skończyć parę gier w te wakacje) mogę się zająć dopiero po 17:00.
Jak widać jest parę minut po 17:00 i wydarzyło się to, co zwykle: wpis na bloga zacząłem pisać dopiero koło 16:30.
Jak widać jest parę minut po 17:00 i wydarzyło się to, co zwykle: wpis na bloga zacząłem pisać dopiero koło 16:30.






















Mam teraz wiele innych rzeczy na głowie, ale to ciekawy koncept: czy nie dałoby się przyjąć "dzisiaj tylko 2 godziny robisz coś produktywnie, a resztę dnia możesz robić co ci się żywnie
Natomiast nie sądzę, żeby pomagało myślenie w stylu "dzisiaj jesteś produktywny/a tylko przez 2 godziny", bo znając siebie, znając umysł prokrastynatora, to