tl;dr: zastanawiam się nad rozstaniem z dziewczyną, gdyż męczy mnie jej despotyzm, brak namiętności i kosmiczna hipokryzja.
Z dziewczyną jestem jakies niecałe 2 lata. Ulegając wszechobecnej presji naszła myśl co z tym związkiem zrobić dalej. I im więcej o tym myślę, tym bardziej nie chcę się zaręczać.





















Cieżko zebrać mysli, minęły dwa tygodnie a jednak łeb ciagle chodzi, czy tego chce czy nie. Najgorsze jest to uczucie rezygnacji, jakby podcięło mi skrzydła. Motywuje sie by cos robic ale po tak długim związku masa rzeczy mi ja przypomina. I jak cos mi o niej przypomni to siły odchodzą na pstryknięcie palcem. Straszliwie