Najbardziej przerażające dla mnie jest to, że oni się rozchodzą nie z powodu jakichś poważnych problemów jak np. zdrady, p-----c fizyczna, psychiczna itd, tylko przez jakieś totalne bzdety w stylu "ja już nie czuję tego co na początku" / "muszę się skupić na sobie" albo innych pierdół
W przypadku zdrady można zrozumieć rozstanie, ale






















Bez kitu. Miesiącami się zbierałem do rozmowy o rozwodzie, gdy już nie widziałem wyjścia. Spodziewałem się dramatów, a tu
Teraz głównie wszystko się skupia na mocnym przeżywania a nie budowaniu z kimś relacji nie opartej na hormonach.