Tl;dr Moja matka chyba jest chora psychicznie, ma różne odpały, jest święcie przekonana, że jest zdrowa, a to ja jestem pokręcony. Z miesiąca na miesiąc jest tylko gorzej. Co robić?
Moja matka od paru lat wykazuje jak dla mnie symptomy jakiejś choroby psychicznej. Dość śliski temat bo na podłożu religii. Ale nie tylko. Zaczęło się od chodzenia do kościoła częściej niż raz na tydzień, teraz ma to miejsce nawet 2x dziennie. Do tego modlitwy, różance, całe mieszkanie #!$%@? świętymi obrazkami. Na święta to wszędzie choinki, itp. Nie przeszkadzało by mi to tak gdyby nie fakt, że matka próbuje mi to narzucać i mi. Wkłada mi jakieś obrazki do torby, wiesza różańce w pokoju, codziennie mi gada, że mam iść do kościoła. A co za tym idzie codziennie jest kłótnia. Dzwoni do mnie nawet jak jestem w pracy, że dziś o 18 jest msza. Wszelkie postawy niezgodne z pismem świętym są negowane. Czyli mam być w domu bo kolęda, mam nie jeść mięsa w piątki i święta. Do tego dochodzi nasilająca się chęć kontrolowania mnie. Potrafi dzwonić do mnie i pytać z kim jestem i kiedy wracam. Krytykuje każdy mój pomysł. Krytykuje, że sobie coś kupie z ciuchów, zawsze będzie jakieś ale, a to zły kolor, a to za małe i drze ryj oczywiście. A kupuje to za swoje pieniądze. Gotuje non stop obrzydliwe obiady których nie da się jeść (zero soli i innych przypraw, kuchnia PRL) i mi to wciska. Przez ostatni rok wywalałem codziennie jakieś gołąbki do śmieci. A jak coś kupie do żarcia (za swoje pieniądze) to oczywiście jest darcie mordy. Nie mogę nawet w spokoju zjeść, muszę to robić w aucie. Do tego wszystkiego robi mi ciągle na złość, a przynajmniej mam takie wrażenie. Podejrzewam też, że może dawać duże donejty w kościele albo jakiemuś Rydzykowi. A. I ma jeszcze ogromną niechęć do nowych technologii, jak komputer i internet (a korzysta z tego w pracy), telefony komórkowe. Krytykuje wszystkich moich znajomych, kiedyś mi dziewczynę z domu wyprosiła (parę lat temu). Generalnie nie robi nić prócz kościoła, gotowania i sprzątania. Taka pętla. Zero znajomych, spotkań towarzyskich, itp. Kasa w domu na to jest.
Uważam, że powinna iść do lekarza bo wszystko to się nasila. A ona twierdzi, że to mi się pokręciło bo wszyscy w moim wieku to chodzą do kościoła, uczą się, nie siedzą przed komputerem, nie piją w weekendy, itp. A ja to robię to jestem psychiczny. Rozmawiałem z rodziną ale nikt nie chce się na ten temat udzielać, każdy olewa bo to śliska sprawa, mówią, że jakoś to będzie i nie chcą mi pomóc.
Co mam robić?






















Długo się zastanawiałem czy tu o tym napisać. Ale w sumie co mi zależy. Trochę się napiłem, to się robię wylewny, a anonimowo jest łatwiej. Może mnie Asterling nie sypnie ( ͡º ͜ʖ
Nie łam się. To co opisujesz to równie dobrze może być depresja, którą można całkowicie wyleczyć, choć wiadomo, że nie od razu. Jeśli nie próbowałeś pomocy specjalistycznej, to spróbuj. Przy doborze odpowiednich leków w połączeniu z psychoterapią jesteś w stanie z tego wyjść i żyć i czuć się normalnie. Nawet nie wiesz ile bym dał, żeby mieć taką możliwość, i gorąco będę trzymał kciuki za Ciebie, żeby się okazało że sprawa nie jest aż tak poważna jak u mnie i że możesz z tego wyjść.
Trzeba dawać sobie szanse i walczyć o swoje życie. To w końcu wszystko co mamy. Ja wiem, że wyczerpałem swoje opcje. Długo badałem temat jak może wyglądać terapia w moim przypadku. Tego co mam się nie leczy, można jedynie próbować człowieka przystosować, ułatwić codzienne funkcjonowanie, ale nie da się zmienić tego jak się czuje. A ja nie mam siły na naukę nowych sztuczek po to, żeby mojemu otoczeniu było łatwiej. Całą swoją energię poświęcam na to, żeby od poniedziałku do piątku przez 8h dziennie być uśmiechniętym, towarzyskim i "normalnym". A potem wracam do domu, palę jak smok i zapijam bezsenność. I co najgorsze patrzę jak mój ponad 5-letni związek się sypie przez to, że już nie mam siły z sobą walczyć.
Z całym szacunkiem, ale pomyślenie sobie "też to mam" to trochę droga na skróty. Bo wtedy łatwo jest zrezygnować, bo w końcu nic nie pomoże. Ludzie, ja się prawie 10 lat męczyłem szukając sposobu żeby z tego wyjść, myśląc, że "a może jednak to nie to, może jest nadzieja". Nie mi oceniać co wam dolega, ale nie zmarnujcie sobie życia przez to, że wam się nie chce albo się wstydzicie/boicie próbować sięgnąć po pomoc! Bo to wtedy wygląda trochę tak, jakbyście chcieli się tak czuć na własne życzenie. Ja już takiego wyboru nie mam. Wy jeszcze nie wiecie.