Zdechłem, nie żyję, wymiękłem. Nie dość że zaspałem to musiałem od razu zająć się robotą z wczoraj. Przez to wszystko ruszyłem o 9 zamiast o 7.
Jeszcze głupsze było zostawienie w domu czapeczki a przecież wiem że na tej trasie nie ma zbyt wiele cienia.
No ale to moje ulubione okolice, Maków Podhalański i Grzechynia, praktycznie jeden wielki podbieg.
Zamierzałem tym razem dokończyć pętlę w Grzechyni ale wymiękłem ledwie 0,5







18 stopni, Słońce za gęstymi chmurami - miła odmiana po wczorajszym biegu na patelni :)
Trochę mało spałem i zaspałem - uratował mnie znowu rezerwowy budzik o 4:43 i jakoś udało się ruszyć o 5:05.
Szło bez rewelacji - słabo przyspieszałem z górki, jakoś w miarę pokonywałem podbiegi i udało się utrzymać w miarę znośną średnią - 4:56/km. Miałem dziwne uczucie w żołądku - ni to nażarty, ni to
źródło: comment_3B8jhhkWhEe7BXf8dtPH5d50Ex0fQmJe.jpg
Pobierz