Zazwyczaj kupuję bilet przez internety. Tak się złożyło, że przypadkowo dotarłem na dworzec jak pociąg wjeżdżał na peron. (Mój pociąg ma jechać później). Wpadam na peron i pytam konduktora (z miną srającego kota), ile doliczy za wypisanie biletu, bo nie zdążyłem do kasy
No nie, aż tyle to nie.













![Testujemy RegioJeta na trasie z Poznania do Warszawy! [ZDJĘCIA]](https://wykop.pl/cdn/c3397993/39aa698bce071d8f051d3c6daf32d7536005d5204947957e2e076e4e93e98305,w220h142.jpg)








I teraz najlepsze: ktoś tę reklamację musiał przeczytać, rozpatrzyć, odpisać, zapakować w koperte i wysłać list (polecony kosztuje 7,80). Czyli realnie wydano na to więcej publicznych pieniędzy niż wynosi sama kwota reklamacji
Jaki jest sens takiego systemu? Serio taniej jest odrzucać drobne kwoty niż po prostu je automatycznie zwracać? Do tego dochodzi
źródło: 5e8bcd3f-3c15-4d1f-89e3-0a361f40c116
PobierzMaja pewnie umowę z pocztą i możliwe, że trochę taniej ślą te polecone.