Mocno szarpnęła kierownicą w prawo. Coś łupnęło, wydech z szurgotem przeszorował krawężnik. BMW wyhamowało przed nimi i zaczęło zawracać w bramie „Delikatesów Doroty”. - Zamiana, dawaj, dawaj! – rozkazał dziadek, wypychając wnuczkę przez drzwi samochodu. Nogi miała jak z waty – kierując się do prawych drzwi auta poruszała się tak swobodnie, jak wtedy, gdy z koleżanką Natalką po kolana brodziły w szlamie wysychającego stawu, ratując duszące się w błocku traszki. Dziadek otworzył drzwi,
- Nie rozumiesz – dziadek przetarł załzawione oko wierzchem spierzchniętej dłoni. – Dopiero, gdy napiję się tego wina, wyglądam tak jak teraz. Dla was „Amarena” to, jak rzekłaś, zwykły jabol. Dla nas magiczny napój, który naprawdę nieziemsko smakuje. Jak już umrzesz, to zrozumiesz, o czym mówię. - Daj łyka. Dziadek podał wnuczce „Amarenę”, która brutalnie przetoczyła się przez jej przełyk, wywołując natychmiast nieprzyjemne palenie w żołądku. „Chyba jednak żyję”, pomyślała, i przysiadła obok dziadka.
@nunkun: super piszesz, ale te fragmenty są tak krótkie, że nic nie wnoszą do historii, do tego urywają się w momencie kiedy w końcu mógł się pojawić jakiś konkret. Daj albo dłuższe fragmenty, albo konkretniejsze bo zaczyna to wyglądać jak moda na sukces, gdzie jak bohater się potknie to przez 20 odcinków się przewraca.
Pani Jola z „Apteki z Uśmiechem” nabiła na kasę wodę utlenioną i rivanol. - Powinna sobie pani teraz przykładać coś zimnego... - tłumaczyła, a Kasia patrzyła to na nią, to na swojego martwego, owiniętego kocem dziadka, który klapnął sobie beztrosko na dziecięcym krzesełku, przeglądając rysunki znudzonych pociech klientów apteki. - Nie wiem czy to dobry moment – uśmiechnęła się pani Jola. - Ale jakby co, to mamy dzisiaj promocję środków na komary. Powoli zaczyna
- Kasiu, skup się – dziadek podłączył USB do gniazda w radio, z głośników zaczęła grać charakterystyczna muzyczka zwiastująca początek filmu, a na bocznej szybie wyświetliła się słynna czołówka 20th Century Fox. Przerobiona na 2nd Cemetery Chads. - Nieźle to wymyśliliśmy, nie? – zatrzymał film dziadek. - Podobno „chad” to po angielsku przystojny mężczyzna, posiadający conajmniej 180 cm wzrostu i wyraźnie zarysowaną szczękę. Ma powodzenie u kobiet dzięki swojej sylwetce. Jest z nami
Po pierwszej próbie samobójczej zachciało jej się spać. Tak bardzo, że zaparkowała pod sklepem Blaszak 24h, i postanowiła zdrzemnąć się w aucie. Wkrótce ktoś zapukał w szybę. - Halo, Kasiu! - zawołał. Dziewczyna poderwała się nagle. Miała podkrążone oczy i maleńki kucyk spięty pomarańczową spiralną gumką, która rzekomo nie plącze włosów. - Kim jesteś? – zapytała. - Twoim martwym dziadkiem.
@sikzmiednicy: @derincon: @karo_lka: @Bielecki: pięknie dziękuję za czytanie i miłe słowa! To jest akurat początek powieści, która jest na półmetku, więc zapraszam do obserwowania, bo będę wstawiać kolejne fragmenty ( ͡°͜ʖ͡°)
Listopadowa słota, a ja wracałam do domu przez Milanówek, popilotowawszy rodziców na drogę numer 579 w kierunku Błonia. - A na pewno nie chcecie z Warszawy wracać siódemką? – zapytałam. – Nawigacja twierdzi, że tak będzie szybciej prawie o godzinę. - Nie, bo się zgubimy, rozbijemy, taki ruch w tej Warszawie – sapnęła mama, moszcząc się w wypełniających auto jabłkach odmiany ‘Jonagold’. I tak się zgubili. Zamiast jechać wskazaną drogą prosto, skręcili na autostradę. Mama,
Raz w tygodniu Paweł przyjeżdżał z Warszawy, odbierałam go ze stacji PKP Ciechanów, bo to właśnie w Ciechanowie uczęszczałam do liceum, i to właśnie lekcje w liceum opuszczałam, by chadzać z moim amantem nad rzekę Łydynię, a następnie oddawać się zajęciom o wiele przyjemniejszym niż pisanie kartkówek z fizyki. Nie wiem, o czym w tym momencie pomyśleliście, ale ja miałam na myśli rozmowy o rybkach. Poznaliśmy się przez internet, na portalu akwarystycznym. Był to
@nunkun: Jeszcze gdy chodziłam do podstawówki, to był tam taki Paweł, i ja jechałam na rowerze, i go spotkałam, i potem jeszcze pojechałam do Biedronki na lody, i po drodze do domu wtedy jeszcze, już do domu pojechałam.
Babcia Zosia i wszystkie ciotki upierały się, by nadać mi imię Bieluchna. To dlatego, że urodziłam się białowłosa i wszystkie kobiety w rodzinie radowały się, że będę blondynką. Ludowa mądrość mówi bowiem, że blondynki mają łatwiej w życiu. Pomysł imienia podsunęła babcia. Jakaś jej przodkini - żyjąca na przełomie XVI i XVII wieku – tak się właśnie nazywała. Mojej matce Bieluchna średnio przypadła do gustu, więc usiłowała przekonać pozostałych, że skoro do rodu
- Jaki adres? - pyta lekarz, którego wezwałam udręczona silną alergią - dosłownie i w przenośni - zachodzącą mi za skórę. - Farnetella 30. - Proszę pani, takie miejsce nie istnieje na mapie tego świata. - Na mapie może i nie, ale w rzeczywistości tak - przekonuję. - Mogę wysłać współrzędne, z nawigacją pan trafi. - Nie da rady. Muszę podać dokładny adres w rozliczeniu dla ubezpieczyciela. Poza tym nie używam nawigacji. Czy może mi pani
Po pobycie we Włoszech odnoszę wrażenie, że wszyscy mieli jakieś ciekawe romanse, historie miłosne i pamiętne flirty. Mój jedyny romans trwał dzień. No, może pół. Właściwie rzecz biorąc - piętnaście minut. Wszystko zaczęło się od tego, że bardzo chciało mi się siku. Już od dłuższej chwili szukałam toalety, ale wszystkie knajpki, bary, sklepy, warzywniaki i urzędy na mojej drodze stały pozamykane. Otwarty był tylko kiosk. A każdy przecież wie, że pani z kiosku nie sika.
- Pani mie dotkła. - Przepraszam. - I w oko mi chlapła - żali się towarzyszka z toru, rozdmuchując wokół chlorowane smarki. - Nie chciałam. - Taka to niech pierwsza płynie - odzywa się różowy czepek z równoległego toru. - Chlapaczka jedna. Płynę więc, zawstydzona, wbijając wzrok w sufit. Liczę lampy. Choć chodzę na ten basen już pół roku, wciąż nie umiem ich skutecznie policzyć, bo mniej więcej w połowie toru nieodwracalnie parują mi okularki.
- Czekaj Sławek, dzie ten samolot leci? Do Kalgary? A tam w ogóle coś jest? Czekam w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, cała struchlała, że pani Marzena uzna moje soczewki kontaktowe za płyn i każe mi je wyrzucić; albo że będę musiała wybierać między szminką a gastrolitem ("bo to proszek do rozpuszczania w wodzie, więc już właściwie płyn, proszę pani"). Peniam więc i mimowolnie nasłuchuję. - Kalgary to chiba dzieś we Anglii, Bożenka - wyjaśnia szpakowaty
- Poproszę pięć tych kalmarów - wypowiadam takie zdanie po włosku, i jestem z siebie co najmniej tak dumna, jak wtedy, gdy miałam osiem lat, i udało mi się spektakularnie splunąć gumą do żucia za kołnierz kroczącej przede mną babci. - To nie są kalmary. To są sepie. Hihihi - starsza kobieta za ladą robi sobie ze mnie podśmiechujki, a ja nie wiem, co powinnam zrobić, bo w tym momencie wyczerpują się moje
Odrobinę obawiałam się mieszkać z Niemcami. Skoro to Niemcy, myślałam, to zapewne rozmawiają po swojemu na różne trudne tematy, podczas gdy ja potrafię powiedzieć tylko „Ich heisse Kasia, ich bin zwoelf, und ich mag schlittschuhlaufen”. Nabrałam niechęci do niemieckiego dzięki lekcjom w szkole. W gimnazjum, nasza nauczycielka przed rozpoczęciem każdej lekcji wypsikiwała w klasie flaszkę odświeżacza powietrza, przetarłszy wcześniej octem ławki, krzesła, okna, a nawet – jak nam się wówczas wydawało –
@nunkun: Nie wiem dlaczego Cię obserwowałem (widocznie musiałaś czymś zaplusować :)) ale chciałem powiedzieć, że bardzo podoba mi się Twój styl pisania. Czytam wszystko z wielką przyjemnością! Miłego dnia :)