Aktywne Wpisy
#slubodpierwszegowejrzenia współczuję dla laweciarza. Zdradził jak paskudny ma charakter Kaja. Poza kamerami musi pokazywać jej prawdziwy wstrętny charakter, pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Jedziecie po laweciarzu ale gdybyśmy sie dowiedzieli jaka jest kaja naprawdę to wszystkim by rura zmiękła

matkawielebna +29





"Król Edyp"
Teatr: Teatr Zagłębia w Sosnowcu
Reżyseria: Radosław Rychcik
Jak wszyscy wiemy Sosnowiec kojarzy się tylko z jednym – z Teatrem Zagłębia (nie mam zielonego pojęcia z czym innym to miasto mogłoby się kojarzyć). Do tej pory sosnowiecki teatr raczył mnie spektaklami udanymi, a nawet jeśli trafiały się jakieś zgniłki, których nie mogłem uznać za udane, to było one przynajmniej na tyle frapującymi i pięknymi katastrofami, że nie mogłem się złościć na tę instytucję. Bo czemuż by się człowiek miał złościć na niebo, jak czasem pada z niego deszcz.
Zupełnie osobnym przypadkiem wypadającym poza ten schemat jest „Król Edyp” w reżyserii Radosława Rychcika. Reżyser bierze na tapet Sofoklesa i stara się przez pryzmat znanej historii zbadać to, na ile jesteśmy skazani – zupełnie jak Edyp – na fatum i niechybne konsekwencje naszych działań, ale w wymiarze ekologicznym. Sam pomysł na stworzenie takiego kluczu interpretacji wydał mi się niesamowicie ciekawy i jednocześnie zaskakująco dobrze wpisał się w tekst tragedii. Nie czułem w żadnym wypadku, że tak dobrana ścieżka reinterpretacji jest naciągana czy zupełnie niepasująca do historii Edypa.
Niestety mój entuzjazm opadł w połowie sceny otwierającej przedstawienie. Sekwencja ta trwała 15 minut, naprawdę nie wyolbrzymiam; polegała jedynie na tym, że aktorzy biegali z jednego krańca sceny do drugiego z koszykami sklepowymi na tle projekcji półek dyskontu. Doskonale rozumiem intencję reżysera, próbę pokazania coraz większego konsumpcjonizmu, ale też panikę ogarniającą mieszkańców Teb w obliczu dziwnego wirusa toczącego ich miasto. Dodatkowo, w momencie premiery spektaklu, było to zgrabne nawiązanie do panującej wtedy pandemii covid. Niemniej, pytanie brzmi: na ile to nawiązanie będzie zrozumiałe parę lat po premierze. Co więcej, ta sekwencja była przeciągnięta do granic wytrzymałości widzów (naprawdę ciężko przez kwadrans oglądać biegających w kółko ludzi. Uprzedzając pytanie – tak, nie jestem fanem oglądania wyścigów na olimpiadzie).
Po tej wyczerpującej sekwencji początkowej, która swoją drogą nie ma żadnej logicznej puenty ani kontynuacji w całym spektaklu, teleportujemy się do pałacu w Tebach. Twórcy przenoszą miasto do współczesności i tak naprawdę zamiast pałacu mamy pomieszczenie wyglądające na centrum zarządzania kryzysowego, wizualnie przypominające podobne pomieszczenia w filmach – tablice z wykresami, ekrany, wiatraki kręcące się miarowo nad bohaterami, cicho brzęcząca w kącie maszyna z batonami. Tutaj Edyp, grany brawurowo przez Michała Bałagę, zajada się befsztykiem, sprowadzając klimatyczny koniec świata zarówno na samego siebie jak i na swój lud za pomocą swoich decyzji żywieniowych. Jest to dodatkowo podbite wyświetlonymi na ekranach obrazami kataklizmów.
Sam spektakl podąża dość wiernie za tekstem Sofoklesa nie uwspółcześniając zbyt wiele w warstwie literackiej, cała reinterpretacja odbywa się na poziomie wizualnym dzięki bardzo ciekawej scenografii Łukasza Błażejewskiego i poprzez odpowiednie wybory kostiumowe – na przykład pasterze, którzy odkrywali w tragedii prawdę o zbrodni Edypa, w tej adaptacji są górnikami, którzy – sami niszcząc planetę – otwierają Edypowi oczy na to, że i on sam i mieszkańcy Teb (w domyśle: mieszkańcy Ziemi) są odpowiedzialni za swoją chorobę i sami sobie zgotowali ten los.
Niestety ta ciekawa warstwa zupełnie się gubi i grzęźnie na mieliznach, które ewidentnie są spowodowane nierównym tempem i brakami po stronie reżysera. Doskonałym przykładem może być scena, w której Rychcik każe nam oglądać przez kilkanaście minut wyświetloną na ekranie rejestrację przemowy Grety Thunberg (aktorzy oczywiście też ją oglądają z napięciem, odwróceni do widzów plecami), a jednocześnie ma na scenie fenomenalną Mirosławę Żak grającą Gretę Thunberg, która spokojnie mogłaby nam to przemówienie zagrać. Dostajemy naprawdę sporą porcję reżyserskiego lenistwa i skakania po łebkach. I realnie zastanawiam się czy cała para w tym spektaklu poszła w koncepcję i nie starczyło już sił kreatywnych na zapanowanie nad tym, co się dzieje na scenie, czy po prostu reżyser w połowie tworzenia spektaklu przypomniał sobie, że zostawił śliski kocyk na gazie domu i postanowił się ewakuować.
Najbardziej jednak w tym wszystkim – poza genialnym pomysłem i solidnie zrobioną scenografią – szkoda aktorów, bo Teatr Zagłebia ma wyborny zespół, który stara się jakoś „Edypa” obronić. Poza wcześniej wspomnianymi Michałem Bałagą i Mirosławą Żak warto zwrócić uwagę na Beatę Deutschman. Może to będzie dość dzikie wyznanie z mojej strony, ale naprawdę uwielbiam ją w każdej roli, jaką miałem okazję zobaczyć. Jest fenomenalna w „Komedia. Wujaszek Wania” jako kura i jest też diamentem w nudnych jak flaki z olejem „Kreszanach”, błyszczała także w szybko zapomnianych „Dead Girls Wanted” duetu Janiczak/Rubin. Tak samo w „Królu Edypie” wyciska jak cytrynę to, co mogła zrobić w roli Koryfeusza (i jednocześnie całego chóru). Jest na poły rozhisteryzowaną matką, ale też czasem analitycznie myślącą i zimną; fenomenalnie przechodzi z jednego krańca emocji do drugiego. Marzy mi się więcej jej na scenie, bo na to zasługuje.
Więc z sosnowieckim Edypem jest trochę tak jak z robieniem pierwszy raz jakiegoś wykwintnego dania. Pomysł świetny, składniki doskonałe, ale efekt finalny nie zachwyca, bo przecież tak skomplikowane danie nie ma prawa wyjść za pierwszym razem.
#teatr #sosnowiec i trochę #gruparatowaniapoziomu
źródło: temp_file8174372012687277973
Pobierz