To takie dziwne uczucie, gdy już nie ślizgam się w otchłań, gdy zaczynają działać zabezpieczenia, gdy świat nie przygniata beznadziejnością, a perspektywa życia wydaje się wcale nie taka zła. Nieopisane uczucie, które dawno temu zniknęło za horyzontem i miałem już wręcz nadzieje, że nie będzie wracać, bo krótkie powroty stanu innego niż zły, o wiele bardziej kłują po całej klatce, niż permanentny smutek spychający wciąż w rozpacz.
Takie bardziej ugruntowane i nie chwilowe uczucie, nie nagłe i zbyt silne, aby było w stanie się zakorzenić, a przebijające się przebłyskami przez ciemne chmury coraz częściej.
I jakoś powoli puszcza mnie to, co tak bardzo ograniczało. Że zarobki, z których niezbyt odłożę, że śmieszne oszczędności, które się kurczą, że ten j----y brak prawa jazdy, kutasa jak mokebe, przekroczenia 180cm, że alimenciarz, a studia, które były marzeniem urwane na ostatnim etapie, jakoś tak przestały wysączać ze mnie energię i nadzieję. Podobnie brak wielu praktycznych umiejętności życiowych i przez wycofanie zaprzepaszczone szanse na rozwój przez konfrontacje, albo te, że ostatnie osiem lat przespałem bolesnym snem.
Że jakoś zdałem sobie sprawę, że regularnie pływam i fotografuję (i w końcu przygotowałem i wysłałem prace na jeden konkurs), że staram się pisać i robię to coraz częściej, że ciało domaga się ruchu i wraca do swojej sprawności, że nawet mieszkanie jest posprzątane i ogarniane na bieżąco, a moje zachowanie i wygląd stają się coraz bardziej swobodne i wyrażające mnie, a nie ograniczone pod to jakim powinienem być. I na przedłużeniu ręki jest ktoś, kto zawsze mnie wysłucha, a czasem spotka się ze mną i przytuli. Że chcę być i jestem wsiąknięty w świat swojego syna, że czuję coraz bardziej, że mam siłę być dla niego wsparciem w tym bagnie edukacji szkolnej, która wisi chmurą ponad wakacjami.
Takie bardziej ugruntowane i nie chwilowe uczucie, nie nagłe i zbyt silne, aby było w stanie się zakorzenić, a przebijające się przebłyskami przez ciemne chmury coraz częściej.
I jakoś powoli puszcza mnie to, co tak bardzo ograniczało. Że zarobki, z których niezbyt odłożę, że śmieszne oszczędności, które się kurczą, że ten j----y brak prawa jazdy, kutasa jak mokebe, przekroczenia 180cm, że alimenciarz, a studia, które były marzeniem urwane na ostatnim etapie, jakoś tak przestały wysączać ze mnie energię i nadzieję. Podobnie brak wielu praktycznych umiejętności życiowych i przez wycofanie zaprzepaszczone szanse na rozwój przez konfrontacje, albo te, że ostatnie osiem lat przespałem bolesnym snem.
Że jakoś zdałem sobie sprawę, że regularnie pływam i fotografuję (i w końcu przygotowałem i wysłałem prace na jeden konkurs), że staram się pisać i robię to coraz częściej, że ciało domaga się ruchu i wraca do swojej sprawności, że nawet mieszkanie jest posprzątane i ogarniane na bieżąco, a moje zachowanie i wygląd stają się coraz bardziej swobodne i wyrażające mnie, a nie ograniczone pod to jakim powinienem być. I na przedłużeniu ręki jest ktoś, kto zawsze mnie wysłucha, a czasem spotka się ze mną i przytuli. Że chcę być i jestem wsiąknięty w świat swojego syna, że czuję coraz bardziej, że mam siłę być dla niego wsparciem w tym bagnie edukacji szkolnej, która wisi chmurą ponad wakacjami.

























Tak, mam poradę. Nie zaczynaj.
@Andrut184: tak - nie zaczynać. Serio. Więcej na tym w życiu stracisz niż zyskasz