Mój kot "Ryszard" włazi wszędzie gdzie coś się dzieje i oczywiście próbuje im pomóc, więc pilnuje by nie za bardzo pomagał.
Panowie nagle: "do widzenia", i szybko do sąsiadki bo mają ich X na dzisiaj w bloku.
Patrzymy kota nie ma.
Szukamy na klatce, no nie














Wujek zgubił obrączkę podczas odśnieżania. Zamiast z żoną jej szukać to się modlą od rana do Antoniego czy jakiegoś innego świętego od spraw beznadziejnych. Obawiam się że z takim podejściem nieprędko znajdą chyba że śnieg magicznie stopnieje i uznają to za cud z samej góry. Tak to się żyje.