Wpis z mikrobloga

Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. „Nagła śmierć losem kapłana”. #rudno #lubelszczyzna

Tekst możecie przeczytać tutaj lub na moim blogu polskiepato.pl, gdzie znajdziecie baaaaaardzo dużo zdjęć.

Jeżeli są jakieś błędy to piszcie, tym razem @TerazMnieWidac nie sprawdzał ( ͡° ͜ʖ ͡°)



„Pasterz dobry oddaje życie swoje za owce swoje” – wyryto na nagrobku zamordowanego duchownego. Józef Puszkiewicz przeżył 73 lata, z tego 45 w kapłaństwie, a 32 jako proboszcz w Rudnie. Mieszkańcy do dziś nie odżałowali księdza i patrzą z niechęcią na tych, których od blisko 44 lat obwiniają o jego śmierć.

Według danych z Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku ilość ludności w podparczewskiej wsi Rudno wynosiła 680 osób. W 1979 roku liczba ta była niewiele wyższa i – jak to w małych miejscowościach – informacje roznosiły się z szybkością błyskawicy. Gdy zamordowano księdza, szemrano pokątnie, kto z kim miał konszachty i interesy, komu na rękę byłoby pozbycie się duchownego. Po latachwszystko ucichło, ale najstarsi mieszkańcy zdają się dobrze znać potencjalnych zabójców księdza kanonika Józefa Puszkiewicza.

Leży

Ostatni letni miesiąc 1979 roku był ponuru i deszczowy. Rozpogodziło się dopiero – jakby nie przez przypadek – na niedzielny odpust. 12 sierpnia zabytkowy, drewniany kościół w Rudnie zapełnił się po brzegi, zeszło się nawet kilku okolicznych księży. Proboszcz Józef Puszkiewicz odprawił uroczyste nabożeństwo odpustowe, na koniec ucałował ołtarz i wszyscy „w pokoju Chrystusa” rozeszli się do chałup z myślą, że jutro, nareszcie będzie można kontynuować żniwa. A za tydzień znów wyprasują odświętne koszule i spotkają się na mszy. Życie toczyło się tym samym, monotonnym rytmem i zdawało się, że jedynym, co mogło zmienić jego bieg była pogoda.

Na obeschłe po ulewach pola wjechały kombajny, zbierano drugi już pokos traw i siano ozimy rzepak. Mieszkańcy Rudna pracowali ciężko do samej niedzieli, a co niektórzy z przerwą w ciągu tygodnia na któreś z porannych nabożeństw. 17 sierpnia piątkową mszę organistka wydzwoniła punktualnie o dziewiątej i – jak robiła to wielokrotnie – zapukała w szybę izby proboszcza.

Chodźcie, bo nie mogę dobudzić się dobrodzieja


– przybiegła do kościelnego, gdy w plebanii długo nikt nie odpowiadał. Drzwi do starego, murowanego domu za kościołem ani drgnęły pod uporczywym stukaniem i głośnymi nawoływaniami Jana, prawej ręki proboszcza.

Ksiądz Puszkiewicz nie miał w zwyczaju się spóźniać, dlatego, gdy kilkanaście minut po rozkładowej godzinie eucharystii nie pojawił się na ambonie, zniecierpliwieni parafianie zaczęli się po sobie rozglądać. Z obawy, że sędziwy już proboszcz mógł źle się poczuć, kilku wiernych ruszyło w stronę plebanii. Mieszkańcy wsi długo krążyli wokół parterowego budynku usiłując dojrzeć, co dzieje się w probostwie. W małym, bielonym pokoju panował półmrok, ledwo można było dostrzec zarys łóżka, drewnianego krzesła i stołu nakrytego obrusem z równo ustawionym dewocjonaliami. Na dywanie, poniżej metalowego krzyża, głową przy ścianie leżała czarna postać. Najzwinniejszy z obecnych, drobny ministrant włożył rękę przez lufcik, otworzył okno i wskoczył do środka. Wzrok piętnastolatka się wyostrzał, przyzwyczajał do ciemności. Najpierw zobaczył zlewającą się z sutanną ciemną plamę, później jej rozbryzgi na białej ścianie.

Leży


– wykrzyknął przez ściśnięte gardło do wyczekujących po drugiej stronie okiennicy. Za nim wskoczył Jan.

Leży


– powtórzył przyciszonym głosem. Ksiądz upadł twarzą w bordową ciesz, z prawą ręką wyciągniętą, w lewej gazeta, jakby chciał nią zatamować krew płynącą z głowy.

Kościelny wrócił na podwórze i popędził do domu lokalnego lekarza.

To jest morderstwo. Leć po milicję


– stwierdził bez zawahania medyk nachylając się nad proboszczem. Jan pojechał do Komisariatu Milicji Obywatelskiej w Milanowie i już po dziesiątej pod parafią pojawił się cały zastęp mundurowych. Przed nimi zdarzył zebrać się już tłum mieszkańców i szlochając w wniebogłosy zadeptywał potencjalne ślady zabójcy.

Skromny kanonik

Urodzony w 1906 roku w podlaskiej wsi Łojki Józef Puszkiewicz przyjął święcenia kapłańskie kilka lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. W 1942 roku został proboszczem we wsi Radcze, a pięć lat później usługiwał jednocześnie w sąsiednim Rudnie. Dopiero pięć lat później mógł zająć się już tylko rudzinską parafią pw. Przemienienia Pańskiego i św. Andrzeja Boboli. Jednak wcześniejszy ogrom obowiązków i trudna sytuacja w kraju spowodowały, że duchowny podupadł na zdrowiu. Mimo słabej kondycji fizycznej ksiądz Puszkiewicz wolał mieszkać sam i nigdy nie zatrudnił na stałe żadnej gospodyni. W pilnowaniu porządku na plebanii i przygotowywaniu posiłków pomagały mu mieszkanki Rudna. Nie utrzymywał też z nikim bliższych kontaktów, rzadko miewał gości, był cichy, poważny i skryty. Bywali u niego jedynie inni księża i to rzadko, kilka razy do roku podczas świąt kościelnych. Mówił niewiele, zwłaszcza o sobie. Gdy w 1972 roku został uhonorowany godnością kanonika, przez skromność prosił, by tak się do niego nie zwracano.

Proboszcz żył bardzo ubogo, zdaniem niektórych bardziej niż po spartańsku. Miał stare radio, łoże wyścielane słomą, stół i krzesło. Nawet firanki były dla niego zbędnym wydatkiem. Wszystkie zebrane pieniądze przeznaczał na potrzeby parafii, nierzadko też pożyczał lub dawał niewielkie kwoty potrzebującym.

Uczynny do przesady


– mawiano w Rudnie. We wsi miano mu nawet za złe, że rozpuszcza kilku ancymonów, którzy niezbyt dobrze radzili sobie w życiu. Puszkiewicz chciał widzieć dobro w każdym człowieku. W swojej parafii znał wszystkich, co trzeciego mieszkańca wsi chrzcił lub katechizował. Od 32 lat żył tam radością innych, był lubiany przez swoich uczniów, nigdy nie podnosił głosu i dla wszystkich znajdował czas. Dumny był zwłaszcza ze swoich wychowanków, którzy w ślad za nim przywdzieli sutannę. Puszkiewicz był człowiekiem szczególnie pobożnym, przywiązywał wielką wagę do pietyzmu celebracji liturgicznych i skrupulatnie wypełniał swoje obowiązki.

Pogrzeb proboszcza odbył się w poniedziałek, 20 sierpnia 1979 roku. W nabożeństwie żałobnym przewodniczył biskup ordynariusz, w koncelebrze brało udział kilkudziesięciu księży, wielu spowiadało. Kondukt żałobników ciągnął się niemal przez całą wieś. Naliczono około ośmiu tysięcy ludzi, w tym ponad dwieście osób duchownych. Trumna z ciałem była wieziona na wysokim, przybranym kwiatami wozie, ciągniętym przez parę karych koni. Honory pełniła straż pożarna, której siedziba mieściła się naprzeciwko kościoła, w którym usługiwał zamordowany. Orszak doszedł do cmentarza parafialnego w Rudnie, gdzie przemówili księża i przyjaciele proboszcza. Ciało złożono do mogiły obok pomnika, a zarazem miejsca spoczynku pomordowanych przez Niemców mieszkańców sąsiedniej wsi Planty oraz ich proboszcza Romana Ryczkowskiego, który nie chciał opuścić swoich parafian.

Kilka miesięcy śledztwa

Śledztwo w sprawie śmierci księdza Józefa Puszkiewicza wszczęła Prokuratura Rejonowa z Parczewa. Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną zgonu duchownego było dziesięć ran tłuczonych głowy zadanych narzędziem tępokrawędzistym. Sprawca najprawdopodobniej posłużył się kopyścią – blisko metrową, drewnianą łopatką podobną do wiosła, wykorzystywaną do mieszania kartofli dla świń. Narzędzie zbrodni stało oparte o ścianę izby i najpewniej przyniósł je ze sobą zabójca, bo ksiądz od lat nie prowadził gospodarstwa. Ofiara była przed śmiercią duszona, na plebanii widoczne były ślady walki. Nie ustalono czy sprawca zaatakował od razu czy wcześniej rozmawiali. Pewne jest tylko, że palił papierosy. W popielniczce leżały niedopałki, a proboszcz Puszkiewicz nie miał żadnych nałogów.

Przeprowadzone przez funkcjonariuszy ówczesnej Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej w Białej Podlaskiej śledztwo pozwoliło na stosunkowo precyzyjne zrekonstruowanie ostatnich godzin życia proboszcza: 16 sierpnia po porannej mszy duchowny pojechał autobusem do Białej Podlaskiej. W mieście odwiedził sklep z dewocjonaliami i zrobił niewielkie zakupy. Jan prosił go jeszcze by kupił mu w „Motozbycie” rączkę do Simsona. Do wsi powrócił pekaesem po godzinie 15 i po krótkiej rozmowie z jednym z parafian, zniknął za furtką prowadzącą na probostwo. Wtedy po raz ostatni widziano księdza żywego.

Milicjanci założyli, że proboszcz został zaatakowany chwilę po wejściu na plebanie. W sieni stała jego czarna torba ze skaju z zakupami, których nie zdążył do końca rozpakować. Nie ujawniono śladów włamania, co może świadczyć o tym, że napastnik czekał na zewnątrz i zapukał od razu po tym jak ksiądz wszedł do budynku. Po zabójstwie wyszedł i zamknął za sobą drzwi na klucz. Motyw działania sprawcy także był niejasny, bo choć mieszkanie było splądrowane nic nie zginęło. Podczas oględzin plebanii i ciała znaleziono pieniądze w kwocie kilkunastu tysięcy ówczesnych złotych. Motyw zemsty także wydaje się mało wiarygodny, bo mieszkańcy Rudna zgodnie twierdzili, że proboszcz był powszechnie szanowany, nie miał wrogów i żadnych zatargów.

Już następnego dnia po odkryciu zwłok we wsi aresztowano młodego mężczyznę. „Niebieskiego ptaka, jak o nim mówiono” – opisywał zatrzymanego kościelny w katolickim piśmie, kilka miesięcy po zdarzeniu. „Sympatycznego, młodego chłopca, który po wypiciu kilku kieliszków wódki zmieniał się do niepoznania: stawał się agresywny, zły, bezwzględny”. Lokalny rozrabiaka miał wcześniej wyciągać pieniądze na alkohol od mieszkańców Rudna i okolicznych wsi, wyłudzał również od księdza. Puszkiewicz wyrzucał mu przez lufcik 100 czy 200 złotych. Byli też świadkowie, co twierdzili, że niespełna rok wcześniej w przypływie pijackiej furii zażądał od proboszcza 10 tysięcy złotych. Groził, że jeżeli nie spełni jego prośby, wrzuci go do studni. Gdy wytrzeźwiał, zawstydzony pogardliwym wzrokiem i kąśliwymi uwagami sąsiadów, zniknął gdzieś na kilka miesięcy. Wrócił na chwilę przed śmiercią księdza, prosić go o zapowiedź ślubu. Proboszcz się zgodził, ale ani mężczyzna, ani jego wybranka serca nie dostarczyli wymaganych prawem dokumentów, więc ksiądz sakramentu nie udzielił.

Podejrzanego po jakimś czasie wypuszczono z aresztu i oczyszczono z zarzutów, a pod koniec 1979 roku nadzór nad śledztwem przejęła Prokuratura Wojewódzka w Białej Podlaskiej. Cztery miesiące później dochodzenie umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

Gazety milczały

W prasie końca lat 70. na próżno można było szukać informacji na temat zabójstwa księdza Puszkiewicza. W ówczesnym województwie bialskopodlaskim ukazywał się wtedy „Sztandar ludu” – dziennik Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Gazeta znana dziś jako „Dziennik Wschodni” ani słowem nie wspomniała o zabójstwie proboszcza spod Parczewa. Nie znalazłam ani wzmianki w pierwszym i następnych wydaniach nowo powstałego wtedy „Słowa Podlasia”, które na początku swojej działalności także należało do PZPR. Rok wcześniej, po wybraniu na papieża Jana Pawła II stosunek władzy okresu PRL do Kościoła Katolickiego nieco złagodniał, mimo to dziennikarze wciąż omijali tematy około religijne. Sierpień 1979 roku zapełniony był nagłówkami: „Trwają przygotowania do siewu rzepaku i zbóż”, „Niedziela żniwna”, „Cukrownie przygotowują się do przerobu buraków” czy „Zbliża się jesień”. Na początku września pojawiła się nawet wzmianka, że „we wsi Rudno w pozostawionej bez nadzoru suszarni chmielu wybuchł pożar. Straty szacuje się na ponad 20 tys. zł.”. Jednak temat zabójstwa na plebanii w pobliżu rzeczonej suszarni wciąż był mniej istotny, by opisać go w najważniejszych mediach, jakim w tamtym czasie były gazety.

Jedynym wycinkiem z prasy nawiązującym do śmierci księdza Józefa Puszkiewicza, który znalazłam był artykuł z pisma społeczno-kulturalnego katolików „Kierunki”. W wydaniu z 2 grudnia 1979 roku w tekście „Opowieści lasku rudniańskiego” Bohdan Rodziewicz opisał między innymi relacje sklepowej, która widziała proboszcza przed śmiercią: „Ksiądz wrócił tym autobusem o 16.20. Nie wysiadł na krańcowym przystanku (…), ale dojechał razem z nami do pętli, która jest tuż przy kościele. Jakoś zamarudziłam trochę koło autobusu – wspomina – i dopiero po chwili zaczęłam iść z córką w stronę domu. Zauważyłam, że ksiądz wszedł przez furtkę kościelną, obszedł świątynie, ale nagle zawrócił i cofnął się na ulicę. Przeszłyśmy koło niego, ale powodowane ciekawością obejrzałyśmy się kilkanaście metrów dalej. Ksiądz podchodził powoli do furtki. Wyraźnie ociągał się. Zauważyłyśmy to i sądziłyśmy, że jest to bez znaczenia. Okazało się, że byłyśmy w błędzie.”

W 2008 roku, blisko rok przed przedawnieniem się sprawy akta przeanalizowali policjanci z lubelskiego „Archiwum X”. Badano DNA, które sprawca zostawił na niedopałkach papierosów. W czerwcu tego samego roku na antenie TVP wyemitowano odcinek „Magazynu Kryminalnego 997”, gdzie po 29 latach przypomniano sprawę zabójstwa księdza z Rudna. Gościem Michała Fajsbusiewicza był dorosły już ministrant, który w sierpniu 1979 roku otworzył parafialne okno i znalazł ciało proboszcza. Mężczyzna wspominał, że na wsi plotkowano o kilku wersjach przyczyny ataku na proboszcza. Podejrzewano, że przesiedlony zza Buga duchowny mógł stać się ofiarą mordu politycznego, porachunków z czasów przedwojennych lub zemsty Urzędu Bezpieczeństwa. Ksiądz Puszkiewicz nigdy nie wypowiadał się na tematy polityczne, nie był też osoba zamożną, mimo to ludzie mówili, że motywem zbrodni mógł być rabunek.

Uważam, że ktoś z żyjących rzeczywiście posiada jakieś informacje na ten temat


– uznał gość Fajbusiewicza. W 2011 roku temat zabójstwa księdza Józefa Puszkiewicza został po raz ostatni poruszony w telewizji. W niedostępnym już online odcinku programu „Interwencja” dziennikarze Polsatu przybliżyli w krótkim dokumencie temat tajemniczego zabójstwa.

Karalność za zabójstwo księdza Józefa Puszkiewicza uległa przedawnieniu 30 lat po jego śmierci – 16 sierpnia 2009 roku. Dziś akta kurzą się w magazynie bialskiej prokuratury i zdaje się, że żadne czynności zmierzające do rozwiązania zagadki śmierci sprzed ponad 43 lat nie są podejmowane. Niestety, moje próby dotarcia do nich i zapoznania się ze szczegółami śledztwa nie powiodły się. Bialska prokuratura najpierw przez kilka miesięcy przekładała datę mojej wizyty w czytelni akt, tłumacząc się koniecznością zanionimizowania całości, by na końcu uznać, że dostęp do nich jest już niemożliwy ponieważ zostały zarchiwizowane. Co jeszcze dziwniejsze, po moim odwołaniu się i wyrażeniu chęci odwiedzenia archiwum ponownie otrzymałam pismo z odmową. Na pewno odwołam się do wyższej instancji.

Los kapłana

Do dziś grób księdza Puszkiewicza jest pielęgnowany przez mieszkańców Rudna. Na marmurowej płycie stoją świeże kwiaty, płonie ogień w zniczach. Przy pomniku spotkać można wciąż opłakujących proboszcza parafian.

Banda!


– nazywa milicjantów jeden z tubylców, który dobrze pamięta wydarzenie z 1979 roku. Ponad 70-letni mężczyzna wspominał też, że w tamtych czasach mundurowi pili i rządzili wsią, aż strach było się odezwać.

To było fałszywe śledztwo, powinni je powtórzyć


– szlochał.

Ja bym lepiej wyśledził, chociaż ja nierozumny w tym.


Śledztwa miało nie być wcale.

Od razu księdza umyli i posprzątali plebanie


– opowiada mój rozmówca i przysięga na Boga, że tak właśnie było. Wielu może potwierdzić, nawet on sam, pod własnym nazwiskiem i przed policją. Już się nie boi, mogą go nawet zabić.

Wtedy za komuny wszystko można było zrobić


– wspomina. Sam ksiądz Puszkiewicz bał się komunistów i wstrzymywał się od niepochlebnych komentarzy dotyczących władzy. Gdy sprawę zabójstwa umorzono do Rudna mieli przyjechać policjanci z Warszawy. Powiadomił ich sam biskup. Mieszkańcy twierdzą, że bali się mówić, a lokalni i parczewscy milicjanci zatuszowali zbrodnie, dlatego mundurowi ze stolicy nic nie wykryli.

W Rudnie wciąż żyją światkowi tamtych wydarzeń. Mimo upływu lat, niektórzy dalej boją się zemsty sprawców, których wymieniają z imienia i nazwiska.

Jakby ich wtedy przecisnąć, to by śpiewali


– mówi jeden z mieszkańców wsi. Zdaje się, że śmiercią księdza nie zajmuje się już nikt, a prokuratura nie chce by ktokolwiek wracał do tej sprawy. Józef Puszkiewicz stał się w Rudnie męczennikiem, a jego śmierć, tak jak proboszcza Romana Ryczkowskiego, swego rodzaju powołaniem. „Repentina mors sacerdotum sors”, czyli – jak głosi łacińska maksyma – „nagła śmierć losem kapłana”.

. . .

Tekst powstał na podstawie rozmów z mieszkańcami Rudna. Korzystałam także z informacji zawartych w I tomie kroniki parafii rzymsko-katolickiej pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Milanowie, kroniki parafii pw. św. Mikołaja w Radczu (kronika wykonana przez ks. Jarosława Zalewskiego, Magdalenę Pajdosz, Weronikę Pasicz i Patrycję Januszko) oraz strony internetowej parafiaradcze.pl. Posiłkowałam się też informacjami z prasy: artykułem Bohdana Rodziewicza „Opowieści lasku rudniańskiego” („Kierunki”, 2 grudnia 1979 r.) oraz artykułem Michała Fajbusiewicza „Mord na plebanii” („Agora”, 20 maja 2018 r.). Korzystałam również z tekstu Huberta R. Kordosa z czasopisma „Bez przedawnienia” (wydanie 10(124)/2020, 9 kwietnia 2020 r.).



#kryminalne #kryminalistyka #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #parczew #morderstwo #zabojstwo #ksiadz #katolicyzm
kvoka - Zapraszam na nową historię z serii #polskiepato pt. „Nagła śmierć losem kapła...

źródło: b

Pobierz
  • 18