Frufruf
#perfumy #frufrecki

Montale Infinity. Otwarcie jest wyraźnie słodkie, nieco cukrowe i owocowe. Można wyłapać w nim śliwkę oraz ciemną wiśnię, wchodzącą nieco w klimaty likieru. Są także przyprawowe nuty. Najmocniej z nich, daje o sobie znać szafran, a dalej różowy pieprz i kardamon. Oprócz tego da się wyczuć cięższe elementy kompozycji. Jest skóra oraz oud w designerskiej postaci, a także drzewny i ambrowy akord, z kremowym drzewem sandałowym.

Dodatkowo w tle przewija się róża. W bazie zapachu znajduje się tonka z wanilią i piżmem. Ta waniliowa słodycz pozostaje najdłużej, a w fazie drydownu, perfumy nabierają pudrowego charakteru. Tytoniu natomiast wiele tutaj nie ma. Całość układa się nieco chaotycznie i syntetycznie, choć bez tragedii. Mam wrażenie, że wypada lepiej niż przeciętny Montale, bez tylu drażniących utrwalaczy, co w niektórych perfumach tej marki.

Infinity to słodka, orientalna i wieczorowa pozycja. Dużo się w niej dzieje, ale jak na mój nos jest to bardziej zlepek popularnych nut i akordów niż przemyślana kompozycja. Początek gdy wychodzi ta likierowa wiśnia ze śliwką jest nawet całkiem fajny, ale dalej robi się z tego zbyt duży misz-masz, a i tak, cały czas dominuje słodycz. Perfumy stworzone tak by być crowdpleaserem i zakładam, że nieźle się w tej roli będą sprawdzać. Całościowo zapach skręcą według mnie w damską stronę i najlepiej powinien sprawdzić się na wieczorowe wyjścia i zimniejszy sezon.

Zapach 5.5/10
Projekcja 7/10
Żywotność 7/10

pozostałe recki