Wpis z mikrobloga

250 081 + 233 + 43 + 217 = 250 574

Powrót z urlopu.

Wyjechałem w piątek rano, miałem znów do pokonania 500 kilometrów, teraz nie chciałem znów iść na rzeźnika by jechać cały dzień i noc. Chociaż, prawie by to się wydarzyło.

Spakowałem jedzenia i wody na dzień kręcenia, ustawiłem się z motocyklistą, miał mi podrzucić w połowie trasy namiot i resztę zapasów. Wyjechałem z rana, pod długim śnie, obfitym śniadaniu, pełen energii i zaplanowaną trasą. Od rana zacząłem dostawać sms alert, burze w radiu też trąbili. Co powodowało u mnie wzrost delikatnego napięcia, że zostanę sam na trasie. Wyjeżdżałem z lubuskiego, zadowolony trasa przebiegała wybornie, ominąłem Puszczę Notecką, więc głównie asfalt był. Wjechałem do Wielkopolskiego województwa, po chwili zjazd w las, znów koło Nowego Tomyśla, zaczęła się katorga, szuter i odcinki mocnego piachu. Wywrotkę zaliczyłem całe szczęście, nie na napęd i w cieplutki piaseczek. Powodowało u mnie to irytację, ale nie poddawałem się, trochę prowadziłem rower. Na przyszłość, muszę lepiej sprawdzać te trasy.. Zwłaszcza właśnie ten powiat o literkach rejestracyjnych PNT, jak jechałem do domu też mnie lasami i piachami ciągnęło. nagle gdzieś tam, dostałem sms, nie przyjadę burze idą. Konsternacja wystąpiła oj wystąpiła, spokojnie najwyżej będę znów całą noc jechał myślę. Po chwili, zdjęcie przyczepki i już wiedziałem, że będzie elegancko. Mknąłem swoim tempem, cały czas prawie pod wiatr, nie użalając się a ćwicząc, chwyt dolny i jazdę na lemondkach. Dojeżdżając do Gostynia, stwierdziłem że wjadę na kawę do centrum miasta. Pani w sklepie z zieloną żabą, zadziała na mnie lepiej niż czarny napój. Nie swoim wyglądem, a tekstem, niestety nie mamy kawy w maszynie. Uśmiałem się złapałem, czarny, chemiczny cukrowy napój w dodatku zimny i odjechałem dalej. Zacząłem coraz bardziej radośnie pokonywać kilometry, zbliżał się wieczór i nagle pojawił się majster jak na liczniku było 216km Rower na dach, ja do środka i wypad na pole namiotowe gdzieś koło Sycowa w dolnośląskim. Z jednej strony zadowolony byłem, z drugiej głowa mówiła było trzeba na raz znów jechać. Na biwakowym polu, wiadomo prysznic itp, dużo osób jego przyczepką się interesowało, porządnie wyremontować na kołach od Cinquecento. Ustawiłem trasę, na nowo wgrałem do nawigacji i spać.

Następny dzień:

Przywitał mnie tęczą, wiadomo mokro było, po chwili znalazłem czterolistną koniczynkę, zjadłem i każdy w swoją trasę. Zadowolony byłem, gdyż nóżki nie paliły, co raz bardziej się robią z betonu, jak to ktoś mi kiedyś powiedział. Ustawiłem kurs w nawigacji, szczęśliwy wyjechałem ku przygodzie. Jechałem im dalej, tym bardziej nawigacja szalała, zawróć pokazywała by po chwili pokazać jesteś u celu. Jadę, denerwowało mnie to coraz mocniej. Zrestartowałem ją, powrót na kurs, a jak myślę, jadę i jadę, myśląc czemu nie prowadzi ku północy nagle pokazuje by na rozwidleniu jechać w dwie drogi. Po Prostu zgłupiałem, uruchomiłem nawigację w telefonie, patrzę nie tędy jadę, wybrałem zły kurs na elektronicznej mapie. Serce, zaczęło bić mocniej, rozgrzała się klatka piersiowa w środku, wiedziałem więc, że złość mnie dopada. Zacząłem działać, nowy kurs wgrywam, patrzę ponad 230 kilometrów, tyle co na starcie miałem. Wiedziałem że zejdzie z czasem i że muszę się zmobilizować, presja czasu na mnie działała. A jednocześnie jestem tylko człowiekiem, głęboki wdech, wydech, by się trochę uspokoić, plan nie pędzić za szybko, może krótkie postoje, ale nie jęzor na wierzchu, bo danie mocy może zgubić mnie. Jechałem dobre 20 kilometrów trasą co przed chwilą pokonałem, toczyłem walkę sam z sobą, aby nie zacząć się wyzywać w głowie. Wdech wydech, co mnie nie zabije to wzmocni. Całe szczęście się uspokoiłem, jechałem dalej, nie zapominając i jedzeniu i piciu. Wyjazd z wielkopolskiego województwa przywitał mnie deszczykiem. Trochę schłodził mnie, w łódzkim początek zaczęła się ze mną dziać jakaś masakra, znów użalanie jakieś się włączyło, brak chęci do podróży, szukania już pociągu by wrócić, akurat były ale z przesiadkami. Kręciłem PKP w głowie deszcze będą mówię, nawigacja pokazuje tylko drogę, nie patrząc na cyferki. Walka w głowie trwała, zacząłem mówić sam z sobą, odnalazłem motywację, nastrój się poprawia. I zaczynam jechać z radością z głębi serca, to jest to przełamałem sam siebie, kolejny raz. Pokonując siebie, staje się mocniejszy psychicznie, nabieram też pewności siebie.

Wjazd w świętokrzyskie, nie zapowiadał tego co się miało zaraz wydarzyć. Oj coś pięknego, lubię jak jest trudno. Zaczęło się na skrzyżowaniu, wypatrzyłem ciemne chmury, błyski czasem trzaski. Wiedziałem że nadchodzi, prawdziwa nawałnica, byłem około 40 kilometrów od mety. Zacząłem przygotowania przed wjazdem w nią, telefon w worek, ma problem z deszczem, wiatrówka na siebie, uśmiech prawdziwy uśmiech na usta. Wiem że to trochę tak brzmi jakbym był nienormalny, ale żółtych papierów nie mam. Dojazdy, powroty z pracy mi pokazały, że można jeździć w każdych warunkach. Wjazd, oj tak od razu z grubej rury dało, bąble na kałużach, deszcz czułem pod kaskiem, oby tylko gradobicie nie wystąpiło. Jechałem, błyski, trzaski, woda po pedała miejscami. Kiedyś ktoś mnie nazwał predatorem, powtarzałem sobie to w głowie, motywowało mnie i to bardzo. Byłem już blisko, Małogoszcz, rynek zalany, prawie wywrotka na kostce bo śliska, opanowany jadę w dół. Ulica była rzeką, wybiły studzienki a woda przelewała się przez krawężniki, dosłownie powódź. I bum, nawigacja, zgubiła orient, chyba straciła kontakt, schowałem ją. Tereny już znane były, tak dobrze się jechało.I po chwili wjazd na Chęciny, szybki prysznic, rozciąganko i spać.

Wnioski:
- głowa jest najważniejsza, nastawienie w niej,
- burza burzą jak bez gradu nie zapomniane chwile daje,
- kręć dalej, tylko gdzie teraz..?

#rowerowyrownik

Skrypt | Statystyki
romekpmc - 250 081 + 233 + 43 + 217 = 250 574

Powrót z urlopu.

Wyjechałem w piąte...

źródło: Messenger_creation_9fc360d7-af24-4313-a1bf-7d1d5a40f6ab

Pobierz
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach