Też tak macie, że sobie żyjecie, jest jakoś w miarę, ale z czasem coraz gorzej i gorzej, aż dochodzicie do punktu, w którym musicie wszystko zmienić? Stoczyć się albo rzucić pracę, przeprowadzić, pójść na neeta? U mnie to się dzieje cyklicznie co 2-3 lata. I znowu dochodzę do tego punktu. Mam ochotę jeebnąć całym dotychczasowym egzystowaniem, wrócić na zadupie bez planu i oddać się nicości. A potem wystartować znowu, gdzieś indziej, z

budep

















