Na serial przed emisją poleciało trochę nieuzasadnionej krytyki przed premierą, a bo to amerykański patos, a bo to CGI złe. Jednak po tych dziewięciu odcinkach mogę stwierdzić, że było to całkiem nieuzasadnione. W moim osobistym rankingu produkcji z ostatnich czterech lat to ścisła topka seriali obok "Severance" i "Andora" (no w sumie to tylke te trzy mi się spodobały z całego mrowia streamingowych produkcji). W ogóle dobre filmy i seriale wciąż powstają np. "Godzill Minus One" czy "Diuna". Wiadomo prawo Sturgeona wciąż aktualne i "90% wszystkiego to g---o" ale te 10% wciąż jest świetne.
W serialu bardzo dobrze wyważyli wątek czarnych pilotów - nie ma jakiegoś ich promowania na siłę, plus wszystko zgodnie z faktami i całkiem zgrabnie wplecione w losy głównych bohaterów. Co mnie zdziwiło to to jak często serial odwraca oczekiwania związane z losami postaci - ot chociażby wątek ucieczki z obozu itp. i jak jest to w sumie naturalne. Zdjęcia i muzyka tip top, oprócz Kuligowej jest również kilka polskich akcentów.
Po obejzreniu całości produkcji mam satyfakcję, że śledziłem losy tych bohaterów, a nawet takie poczucie nostali, że były to osoby, które żyły pełnią życia, jak wynika to, z krótkiego epilogu (ale za nic świecie bym się z nimi nie zamienił).
@Sheckley2 ale widzisz serial był na motywach z książki więc nic nie stało na przeszkodzie aby pokazać też inne rzeczy. Tak to dostaliśmy serial gdzie było coś tam latania i dużo pitu pitu jak to sie amerykanie czuja sie wyobcowani przez Niemców. Najgorszy to był ten odcinek jak wysłali tego Millera do szpitala psychiatrycznego na odpoczynek. Większość tego odcinka przewijałem. Najlepszy był ten odcinek co zalecieli do Afryki, przynajmniej coś wtedy
Podobno aktorzy faktycznie pili mocz żeby bardziej wczuć się w rolę Fremenow. Muad’Dib zapytany o smak takiego przefiltrowanego moczu odparł we fremenskim narzeczu siczy Tabr: „słonowate”
„Dziedzictwo Usherów” („Usher’s Passing”) z 1984 r. to kolejna powieść Roberta McCammona wydana przez wydawnictwo Vesper w zeszłym roku. W tym miejscu należy zdecydowanie pochwalić pomysł Vesper by jeszcze raz przybliżyć tego autora polskiemu czytelnikowi, nie ograniczając się tylko do reedycji jego dawnych tłumaczeń na język polski. McCammon to bowiem świetny rzemieślnik słowa, a jego powieści (zwłaszcza z l. osiemdziesiątych) mogły śmiało rywalizować z samym Stephenem Kingiem.
„Dziedzictwo Usherów” to (jak wskazuje sam tytuł) swego rodzaju hołd dla twórczości Edgara Allana Poe’go (Poe pojawia się nawet w prologu powieści) a zwłaszcza jednego z jego sztandarowych utworów – „Zagłady domu Usherów” z 1839 r.
Cytując blubra z okładki: „Usherowie są jedną z najpotężniejszych rodzin w Stanach Zjednoczonych. Gigantycznej fortuny dorobili się na produkcji i handlu bronią. Dzięki tak ogromnemu majątkowi protoplasta rodu mógł wznieść w sercu Karoliny Północnej, nad jeziorem w środku lasu, w cieniu góry Briartop olbrzymią siedzibę zwaną Twierdzą. Kolejne pokolenia rozbudowywały rezydencję w sposób przypadkowy, przez co budowla w wielu miejscach kruszy się i zapada. Obecnie opuszczona monumentalna, niedokończona budowla budzi jedynie trwogę, i to nie tylko okolicznych mieszkańców. Wiążą się z nią też niepokojące opowieści o na wpół mitycznym Dyniowatym oraz Żarłocznym Bebechu, olbrzymiej czarnej panterze, żyjący ponoć w okolicznych lasach, którzy porywają nocą nieostrożne dzieci z okolicznych
Niedawno postanowiłem obejrzeć w końcu "Zagładę domu Usherów" ("The Fall of the House of Usher") z 1960 r. w reżyserii samego Rogera Cormana (ur. 1926), film o kultowym statusie w Stanach Zjednoczonych i jeden z jaśniejszych punktów w ich horrorowym dorobku.
Obraz jest adaptacją klasycznego gotyckiego opowiadania Edgara Allana Poe’go (1809-1849) z 1839 r. o tym samym tytule. Jego scenariuszowej adaptacji dokonał zaś Richard Matheson (1926-2013), jeden z najpopularniejszych dwudziestowiecznych autorów grozy i science fiction. Siłą rzeczy jako wielki fan zarówno Poe’go jak i Mathesona musiałem więc prędzej czy później sięgnąć po ten owoc ich „współpracy”.
Historia tego filmy sięga końcówki lat. 50-tych, kiedy to Roger Corman zapragnął zrealizować film nawiązujący w formie do popularnych w Europie gotyckich horrorów brytyjskiego studia Hammer. Wytwórnia Cormana American International Pictures chciała zmienić w tym czasie swoje emplois by nie być kojarzona cały czas z czarno-białymi filmami sf klasy B. Oczywiście nie oznaczało to, że chciała również zainwestować w swoje filmy zbyt dużo pieniędzy. Znany ze swojej przedsiębiorczości Corman okazał się być właściwym człowiekiem we właściwym miejscu, z 300 tysiącami dolarów budżetu (z których 100 tysięcy stanowiło gażę dla Vincenta Price’a) stworzył on film, który zarobił okrągły milion i dał początek jego kultowej serii ośmiu filmów tzw. cyklu Edgara Alana Poe’go Cormana (przy czym nie wszystkie z nich były adaptacjami utworów tego amerykańskiego
Gene Roddenberry (1921-1991) to jedna z najbardziej zasłużonych dla popularyzacji science fiction postaci w historii szeroko pojętej kultury. Ten były pilot, policjant i scenarzysta jest obecnie znany ze swojego dzieła życia, jakim z pewnością okazał się „Star Trek: The Original Series” i jego kolejne filmowe, telewizyjne, książkowe i komiksowe inkarnacje. Z pewnością „Star Trek” jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek na rynku sf. Niemniej kiedyś nie wszystko wyglądało tak kolorowo. Oryginalna seria zniknęła z ekranów w 1969 r. z uwagi na niskie wyniki oglądalności, dopiero jej powtórki i determinacja fanów sprawiły, że w l. 70-tych zaczęto przebąkiwać o wskrzeszeniu produkcji. Jak się jednak okazało decydujące znaczenia w tej kwestii miał sukces „Gwiezdnych wojen” w 1977 r., który otworzył studia filmowe na produkcje filmowe spod znaku fantastyki. Paramount szukając swojej własnej franczyzy od razu przypomniało sobie o dziele Roddenberry’ego, które (w bólach, ale jednak) doczekało się filmowej kontynuacji w 1979 r, w reż. Roberta Wise’a.
Film jak wiadomo cieszył się nawet sporym powodzeniem, jednak jego powolne tempo podzieliło widzów i fanów. Równolegle z premierą filmu miała miejsce publikacja jej książkowej adaptacji pióra samego Roddenberry’ego. Podkreślam tutaj autorstwo, bowiem rzadko zdarza się by twórca filmowy sam pisał książkowe adaptacje swoich produkcji, zazwyczaj korzysta się z usług ghostwritera (najjaskrawszy przykład to George Lucas i firmowana jego nazwiskiem powieściowa „Nowa nadzieja” napisana w istocie przez Alana Deana Fostera). W tym przypadku było jednak inaczej, co ma swoje plusy oraz minusy.
Fabuła w skrócie przedstawia się tak: w XXIII wieku stacja monitorująca Gwiezdnej Floty, Epsilon Nine, wykrywa obcą istotę ukrytą w masywnej chmurze energii, poruszającą się w przestrzeni kosmicznej w kierunku Ziemi. Chmura z łatwością niszczy na swoim kursie trzy klingońskie okręty wojenne i samą stację Epsilon Nine. Tymczasem na Ziemi statek kosmiczny USS Enterprise przechodzi gruntowny remont; jego były dowódca, James T. Kirk, został awansowany na admirała. Dowództwo Gwiezdnej Floty przydziela Enterprise do przechwycenia obiektu w chmurze, ponieważ statek jest jedynym statkiem w zasięgu, co wymaga przetestowania jego nowych systemów podczas transportu. Powołując się na swoje doświadczenie, Kirk wykorzystuje swoją władzę, aby przejąć dowództwo nad statkiem i stawić czoła zbliżającemu się niebezpieczeństwu…
@Sheckley2: W powieści jest też hołd złożony "Odysei kosmicznej" Kubricka i Clarke'a (ten ostatni był przyjacielem Roddenberry'ego i doradzał mu aktywność na konwentach, gdy ten borykał się z problemami finansowymi).
„Inwazja porywaczy ciał” to klasyczna już pozycja literatury popularnej, autorstwa Jacka Finneya (1911-1995). Początkowo ukazała się jako powieść w odcinkach w tygodniku „Collier’s” w listopadzie i grudniu 1954 r., w 1955 r. doczekała się wydania książkowego, a już rok później legendarnej ekranizacji w reż. Dona Siegla. Do tej pory powieść doczekała się jeszcze trzech ekranizacji (1978, 1993 oraz 2007 r.), z których obraz z 1978 r. w reż. Philipa Kaufmana z Donaldem Sutherlandem w roli głównej, w mojej skromnej opinii przewyższa nie tylko film Siegla, ale również materiał źródłowy. Nie da się również nie wspomnieć o jej wyraźnej inspiracji przy filmie „Oni” („The Faculty”) Roberta Rodrigueza z 1998 r.
Akcja powieści rozgrywa się w zdawałoby się idyllicznym kaliforniskim miasteczku Mill Valley, gdzie miejscowy lekarz Miles Bennell, mimowolnie odkrywa, że mieszkańcy miasteczka zostają powoli podmieniani na swoje niemal idealne kopie. Niemal, bo można je rozpoznać po specyficznym braku emocji, bynajmniej nie oznacza to, że poruszają się jak bezwolne zombie, co to to nie. Kopie mogą naśladować ludzkie zachowania, ale brak jest im zrozumienia owych stanów emocjonalnych, są w istocie rzeczy obojętne i odtwórcze. Jak się okazuje nie tylko Bennel podejrzewa, że coś wisi w powietrzu. Wraz z grupką przyjaciół lekarz postanawia stawić czoła nieznanemu niebezpieczeństwu…
Książka to zdecydowany „page turner” z interesującą akcją i rozwiązaniami. Finney ma dobre tempo, które w trakcie czytania odciąga uwagę od pewnych niedociągnięć powieści. Co ciekawe motyw podmiany osobowości czy też kontroli był obecny w literaturze popularnej w l. 50-tych dwudziestego wieku już wcześniej, by wspomnieć tylko „Władców marionetek” Roberta A. Heinleina z 1951 r. W przeciwieństwie jednak do powieści Heinleina Finney napisał w sumie powieść psychologiczną z motywem science fiction, a nie powieść science fiction z motywem psychologicznym. Swoje zrobiło też wydanie jej pierwotnie w ogólnodostępnym amerykańskim tygodniku, przez co zapoznała się z nią tylko grupa odbiorców literatury sf, ale też „przeciętny Joe”, jak również wstrzelenie się w ówczesne nastroje społeczne. Bynajmniej nie mam tutaj na myśli owej często przypisywanej Finneyowi zimnowojennej otoczki, gdzie kopie ludzie z Mill Valey = komuniści itp. Autor uchwycił bowiem w książce rosnące zainteresowanie psychologią i psychiatrą, względnie nowymi naukami, które wciąż dynamicznie rozwijają się w naszych czasach. To właśnie tzw. zespół Capgrasa – rzadko występujące zaburzenie psychiczne polegające na przekonaniu chorego, że jego partner lub inni członkowie rodziny zostali zamienieni na identycznie wyglądające, obce osoby, posłużył za pomysł wyjściowy historii, przybranej później o bardziej sensacyjne
W poszukiwaniu świątecznych, czy też okołoświątecznych pozycji filmowych przypomniałem sobie o "1941" w reżyserii samego Stevena Spielberga z 1979 r. Pierwszy raz oglądałem go ponad dwadzieścia lat temu na jedynce i pozytywnie zapamiętałem seans.
Fabuła filmu toczy się w weekend 13-14 grudnia 1941 r. (ofc) w Kalifornii, gdzie krótko po ataku na Pearl Harbor zapanowała histeria związana z możliwością ataku Japończyków na kontynentalne Stany Zjednoczone.
Tymczasem japońska łódź podwodna pojawia się u kalifornijskich wybrzeży...
Wesołych świąt mircy :) Obejrzałem sobie świąteczny odcinek Family Guy'a (tak to jeszcze leci) a teraz pora pomóc przy rozstawianiu naczyń, krzeseł itp. na wigilijną kolację :)
Ridley Scott dostarczył dziwaczny, dramat satyryczny ze scenami bitewnymi, których taktyka i strategia sprowadza się do czozłowego starcia dwóch linii piechoty lub sprytnych sztuczek z zasadzkami. Trudno mi uwierzyć, że to film mający cokolwiek związanego z historią, poza nazwami bohaterów tudzież miejsc geograficznych gdzie toczy się akcja.
Scott po prostu nie lubi Napoleona. Poszedł w takie odbrązowienie postaci, gdzie zamiast geniusza, tyrana i przy tym błyskotliwego człowieka widzi się czasami jakiego autystyka. Phoenix zagrał jak w jakimś filmie Astera. W wykreowanej postaci brak jakiejś bożej iskry. Np. zamach 18 brumaire’a gdy Napoleon zostaje zaatakowany przez członków francuskiego parlamentu wygląda początkowo nawet groźnie, Napoleon jakimś sposobem wyrywa się i ucieka. Nagle przewraca się na schodach i krzyczy "o k---a!". Kurde scena jak z Monty Pathona.
Widać tez, że Scott robił wizualnie film dla debili, przez co sceny walk są wręcz upstrzone nie od sztandarów pułkowych, ale zwykłych flag państw żeby widz wiedział kto jest kto. Scott przejął się też chyba backlashem za "Ostatni pojedynek" i tak w większości scen widać randomowych murzynów. Od balu Dyrektoriatu do końca towarzyszą nam weseli pigmentododatni. O dziwo pojawia się chyba ojciec Aleksandra Dumas, ale to akurat jest plusem, bo to fakt historyczny.
Heh chłopaki, niby dzisiaj nie piatek trzynastego, ale prawie. Poznałem na apce fajną dziewczynę i od kilku dni pisaliśmy do siebie przez kilka godzin dziennie. Od lat nie złapałem tak dobrego kontaktu z drugą osobą na gruncie intelektualnym i emocjonalnym. Mieliśmy się spotkać w przyszłym tygodniu, dzisiaj patrzę z rana - brak korespondencji... Jakby usunęła ją albo swoje konto - po prostu nic nie wiem co się stało, a naprawdę dobrze się
W serialu bardzo dobrze wyważyli wątek czarnych pilotów - nie ma jakiegoś ich promowania na siłę, plus wszystko zgodnie z faktami i całkiem zgrabnie wplecione w losy głównych bohaterów. Co mnie zdziwiło to to jak często serial odwraca oczekiwania związane z losami postaci - ot chociażby wątek ucieczki z obozu itp. i jak jest to w sumie naturalne. Zdjęcia i muzyka tip top, oprócz Kuligowej jest również kilka polskich akcentów.
Po obejzreniu całości produkcji mam satyfakcję, że śledziłem losy tych bohaterów, a nawet takie poczucie nostali, że były to osoby, które żyły pełnią życia, jak wynika to, z krótkiego epilogu (ale za nic świecie bym się z nimi nie zamienił).
Kawał
źródło: sa_Apple_TV_MotA_key_art_graphic_header_4_1_show_home
Pobierz