Wpis z mikrobloga

#strangerthings #wattpad #seriale

Nie wiem jak wy, ale ja jeszcze nie chcę żegnać się z Hawkins. Finał złamał mi serce dlatego postanowiłem coś z tym zrobić i zacząłem pisać kontynuację, która rozpoczyna się w noc gdy Vecna zginął a Eleven poświęciła swoje życie. Ale czy na pewno? A co jeśli w decydującym momencie pojawiła się siła, która postanowiła w ostatniej chwili ją uratować? A co jeśli istnieje inna, potężniejsza wersja Jedenastki, która nigdy nie zabiła Henrego Creela, nigdy nie uciekła z Laboratorium, nie poznała smaku gofrów ani siły przyjaźni? Która zanurzona w komorze sensorycznej wędrowała po Pustce i odkrywała światy o których jej Papa nie ma pojęcia. Która wyczuła w rzeczywistości anomalię i zobaczyła samą siebie gotową oddać życie za swoich przyjaciół. Która postanowiła ją ratować. Nie z litości. Ta Jedenastka nie zna litości i ma swoje własne plany. A El trafia do alternatywnej rzeczywistości, do Hawkins w roku 1987, gdzie bez niej wszystko potoczyło się inaczej i gorzej. Mike jest nikim, Dustin to wyrzutek, Lucas próbuje być popularny a Will od wszystkich się odsunął. Max nigdy nie uwolniła się spod wpływu toksycznego brata a Hopper zapija się na śmierć. Nie było traumy, która by ich połączyła, więc nigdy nie zostali rodziną. A w Laboratorium czeka mroczna wersja El i zagrożenie, o którym nikt nie wie. El musi ich odzyskać, scalić i uratować. Problem w tym, że nikt jej nie zna, Mike traktuje jak wariatkę, a Hopper chce aresztować. Pomocy szuka tam, gdzie nikt by nie szukał. W piwnicy, przy stole do D&D, wśród wyrzutków, których reszta szkoły uważa za odmieńców.
Eddie Munson uwierzy jej pierwszy.

Historia jest pisana na Wattpad, więc jeśli was zainteresowałem, zapraszam!

https://www.wattpad.com/story/406119573-stranger-things-broken-mirror

Żebyście nie kupowali kota w worku, wrzucam na zachętę jeden z rozdziałów:

Nóż wszedł za płytko.

Hopper zacisnął zęby, przekręcił ostrze i spróbował jeszcze raz. W lustrze nad umywalką widział własną twarz. Spuchniętą, nieogolona od trzech dni, z workami pod oczami tak ciemnymi, że wyglądały jak siniaki. Piękny widok. Prawdziwa wizytówka prawa i porządku w Hawkins, Indiana.

Wszywka siedziała głęboko, tam gdzie doktor Sanders ją umieścił sześć tygodni temu, w tym miejscu na pośladku, do którego Hopper ledwo dosięgał. Genialne rozwiązanie. Facet miał doktorat z medycyny, ale chyba nigdy nie zastanawiał się, co pacjent zrobi, kiedy w środku nocy obudzi go koszmar i jedynym wyjściem będzie butelka, a jedyną przeszkodą kawałek plastiku zaszyty pod skórą.

"To dla twojego zdrowia, Jim."

Hopper parsknął. Głos Sandersa wciąż siedział mu w głowie, taki spokojny, taki rozsądny, taki cholernie pewny siebie. "Masz podwyższone próby wątrobowe. Jeśli dalej tak będzie, długo nie pociągniesz." Jakby Hopper nie wiedział. Jakby potrzebował lekarza, żeby mu powiedział, że pije za dużo. Jakby to była jakaś nowina, objawienie, przełom diagnostyczny.

Wiedział, że pije za dużo. Wiedział od lat.

Problem w tym, że nie obchodziło go to.

Ostrze scyzoryka natrafiło na coś twardego. Hopper syknął, poczuł, jak krew zaczyna sączyć się po skórze, ciepła i lepka. Świetnie. Teraz będzie miał zakażenie do kompletu. Sanders pewnie by się ucieszył. Kolejna wizyta, kolejna faktura, kolejna okazja do wygłaszania kazań o odpowiedzialności i dbaniu o siebie.

Jakby Hopper miał o kogo dbać.

Łazienka pachniała stęchlizną i tanim mydłem. Kafelki przy wannie odchodziły od ściany, fuga między nimi sczerniała od wilgoci, której nie dało się wytępić. Światło z nagiej żarówki było zbyt ostre, zbyt bezlitosne, obnażało każdą rysę, każdą brudną szparę, każdy dowód na to, że Jim Hopper przestał się starać. Kiedyś próbował. W pierwszym roku po przeprowadzce do tej chaty remontował, naprawiał, udawał, że buduje sobie nowe życie z dala od Nowego Jorku i wszystkiego, co tam zostawił. Potem przestał udawać.

Teraz przyjeżdżał tu tylko spać. I pić.

Głównie pić.

Spróbował jeszcze raz podważyć wszywkę. Skóra rozciągnęła się, ból pulsował w rytm serca, ale plastikowa kapsułka siedziała, k...a, jak wbetonowana. Sześć tygodni temu wydawało się to dobrym pomysłem. Sanders mówił, a Hopper słuchał, bo był wtedy w tym stanie, w którym człowiek słucha wszystkiego. Trzeci dzień bez alkoholu, ręce jak w febrze, żołądek wywrócony na lewą stronę, w głowie mgła tak gęsta, że ledwo składał zdania. Zgodziłby się na wszystko, byle przestać się trząść.

Więc się zgodził. Na wszywkę, na AA, na całą tę farsę.

AA było gorsze niż wszywka.

Hopper poszedł na trzy spotkania. Trzy razy siedział w kręgu złożonych krzeseł w piwnicy kościoła metodystów, między Tomem Hoffmanem, którego żona zostawiła, a Margie Simmons, która piła, bo nie umiała poradzić sobie z pustym domem po tym, jak dzieci wyjechały na studia. Słuchał ich historii i czuł mdłości, bo co miał im powiedzieć? Że on pije, bo jego siedmioletnia córka umarła na raka, a on siedział przy jej łóżku i trzymał ją za rękę, gdy przestawała oddychać?

Że zamknął oczy i gdy je otworzył, Sara już nie żyła?

Że od tamtej pory nie potrafi zasnąć bez butelki, bo za każdym razem, gdy zamyka oczy, widzi jej twarz?

Nie powiedział nic. Siedział, słuchał, wracał do domu i pił.

Wszywka miała rozwiązać problem. Disulfiram, tak to się nazywało. Wystarczyło wypić jeden łyk alkoholu, a organizm reagował tak, jakby ktoś podpalił go od środka. Wymioty, duszność, szaleńcze bicie serca. Sanders tłumaczył to z entuzjazmem człowieka, który wierzy w postęp medycyny. "Awersja, Jim. Twój mózg nauczy się kojarzyć a-----l z dyskomfortem. Po kilku miesiącach nawet nie będziesz chciał pić."

Bzdura.

Hopper chciał pić teraz bardziej niż kiedykolwiek.

Bo przed godziną obudził się z krzykiem w gardle i z obrazem szpitalnego korytarza. Biały sufit. Jarzeniówki brzęczące jak rój owadów. Zapach środków dezynfekujących i czegoś słodkawego, mdłego, co prawdopodobnie było śmiercią. Sara w łóżku, taka mała, taka blada, z rurkami wchodzącymi w jej cienkie ramionka. Diane przy oknie, odwrócona plecami, z ręką przy ustach, bo nie chciała, żeby córka widziała jej płacz.

I on sam, siedzący na plastikowym krześle, trzymający dłoń Sary i opowiadający jej o dinozaurach, bo Sara kochała dinozaury, kochała brontozaury i triceratopsy, i pytała go, czy w niebie też są dinozaury, a on odpowiadał że tak, kochanie, w niebie są wszystkie dinozaury.

Potem jej dłoń przestała ściskać jego palce.

Hopper wypuścił powietrze przez zaciśnięte zęby i zacisnął mocniej rękojeść scyzoryka.

Musi wydłubać tę cholerną wszywkę. Sanders może się odpieprzyć ze swoimi dobrymi radami. Próby wątrobowe mogą skoczyć do stratosfery. Nic go to nie obchodzi. Jedyne, co go obchodzi, to butelka Jima Beama stojąca w szafce nad lodówką, pełna, nietkniętą, czekająca na niego od sześciu tygodni.

Nacisk. Ból. Krew.

I wtedy zadzwonił telefon.

Hopper zamarł z nożem w ręce. Dźwięk dzwonka niósł się przez ciemny dom, ostry i natrętny, wwiercający się w ciszę. Zignorował go. Wrócił do dłubania w ranie, próbując namacalnie zlokalizować krawędź wszywki. Telefon zamilkł na kilka sekund, a potem zaczął dzwonić ponownie.

Do jasnej cholery.

Hopper cisnął scyzoryk do umywalki i wyszedł z łazienki, nie zawracając sobie głowy naciągnięciem spodni. Bokserki i podkoszulek, krew sącząca się po nodze, bose stopy na zimnej podłodze. Telefon stał na stoliku przy kanapie, żółte światełko na aparacie pulsowało w mroku.

Podniósł słuchawkę.

— Co?

— Jim? — Głos Florence, sekretarki z posterunku. Jedyna osoba, która dzwoniła do niego o tej porze, i to wyłącznie, gdy świat płonął. — Dobrze się czujesz?

— Świetnie.

— Jesteś trzeźwy?

— To nie twoja sprawa.

Cisza po drugiej stronie. Hopper prawie widział jej minę: te zaciśnięte usta, zmarszczone brwi, wzrok utkwiony w niebie. Florence pracowała na posterunku od dwudziestu lat i znała każdego szeryfa, jaki przewinął się przez to biuro. Hopper nie był najgorszym z nich, ale z pewnością nie był najlepszym. Wiedziała to. On też wiedział. Ta wiedza wisiała między nimi przy każdej rozmowie.

— Możesz prowadzić? — spytała w końcu.

— Jestem chory. Mam wolne.

— Jim...

— Powiedziałem: wolne.

Już miał odłożyć słuchawkę, gdy jej głos go zatrzymał.

— Stary Herb McDonald zadzwonił z budki przy Melvald's.

Hopper przymknął oczy. Herb McDonald. Osiemdziesiąt lat, wdowiec od dekady, pijak od dwóch. Znał go, jak znał wszystkich w tym miasteczku. Ze spotkań przy barze, z nocnych interwencji, z poranków w celi, gdy Herb trzeźwiał i przepraszał, a Hopper udawał, że jest zły.

— I co? Znowu widzi różowe słonie?

— Twierdzi, że przed sklepem leży dziewczyna. — Florence zawahała się. — Mówi, że chyba martwa.

Hopper parsknął.

— Herb jest zalany w pestkę. Pewnie zobaczył manekina z wystawy i o mało nie narobił w portki. Albo ktoś wyrzucił worek śmieci i pomyślał, że to ciało. Niech się tym zajmą Powell i Callahan.

— Nie mogą. Są przy Route 9, wypadek ciężarówki. Zablokowana droga, będą tam do rana.

— To nie mój problem Flo.

— Jim. — Głos Florence stwardniał. — Jesteś jedynym dostępnym policjantem w promieniu pięćdziesięciu mil. Herb może być pijany, ale jeśli naprawdę coś zobaczył, a ty zignorujesz zgłoszenie...

Nie musiała kończyć.

Hopper stał w ciemności, słuchawka przy uchu, krew zasychająca na udzie. Za oknami chaty czarna noc trzymała Hawkins w uścisku, taka sama jak każda inna noc od lat. Nic się nie działo w tym miasteczku. Nigdy nic się nie działo. Właśnie dlatego tu przyjechał. Żeby uciec od miasta, w którym działy się rzeczy. Od szpitali i pogrzebów, od wszystkiego, co przypominało mu o tym, kim był, zanim stracił wszystko.

A teraz Florence kazała mu wsiadać w samochód i jechać sprawdzić, czy stary pijak nie wymyślił sobie trupa na chodniku.

— Dobra — powiedział w końcu. — Jadę.

Odłożył słuchawkę.

W łazience spojrzał na ranę. Niewielka, ale krwawiła wciąż, uparta, pulsująca tępym bólem. Sięgnął po plaster z szafki, nakleił go byle jak, nie patrząc w lustro. Spodnie naciągnął ostrożnie, syknął, gdy materiał dotknął rany, zapiął pasek trzęsącymi się rękoma.

Kabura. B--ń. Kluczyki.

Wyszedł z domu. Jechał zamknąć pijaka w celi. Zazdroszcząc mu, że Herb jest zalany, a on nie.
  • 5
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach

@AFleck: to teraz za takie rzeczy się płaci? Wiem, że "kiedyś to było" ale naprawdę lata temu ludzie pisali fanfiki i inne historyjki dla samego funu i radości z tego, że ich twórczość jest czytana ;p a teraz widzę, że pisze się dla hajsiwa i wrzuca na odpowiednie platformy
  • Odpowiedz
  • 0
@fan_Kazika: Nikt mi za nic nie płaci, chyba że własnym czasem :) I trafiłeś w sedno. Piszę dla funu i radości i chcę by moja twórczość była czytana więc się z nią dzielę. Nie zarobię na tym nawet kopiejki no bo niby jak?
  • Odpowiedz
Żebyście nie kupowali kota w worku, wrzucam na zachętę jeden z rozdziałów


@AFleck: chodzi pewnie o ten fragment w twoim wpisie. Nie klikając w linka wygląda to jakbyś wrzucił próbkę tekstu na wykop, a przeczytanie całej wersji wymagało opłaty
  • Odpowiedz