Aktywne Wpisy

MorenkaKnight +130
źródło: temp_file1110299184708862332
Pobierz
curiousboi +8
Czemu na wykopie tak bardzo nie lubi sie fliperów?
Czytałem taki argument, że są szkodliwi i nic nie wnoszą do spoleczeństwa.
Ale przeciez tak samo jest z #kryptowaluty, gdzie ta wartosc jest spekulacyjna, influencerzy tez zarabiaja w #!$%@? kasy za prymitywne czynności bez pokrycia, a czepiacie sie kogoś kto kupuje taniej, sprzedaje drożej czyli po prostu handluje?
Czy być może to po prostu wasze nieudacznictwo, ze nic nie macie, ani nic
Czytałem taki argument, że są szkodliwi i nic nie wnoszą do spoleczeństwa.
Ale przeciez tak samo jest z #kryptowaluty, gdzie ta wartosc jest spekulacyjna, influencerzy tez zarabiaja w #!$%@? kasy za prymitywne czynności bez pokrycia, a czepiacie sie kogoś kto kupuje taniej, sprzedaje drożej czyli po prostu handluje?
Czy być może to po prostu wasze nieudacznictwo, ze nic nie macie, ani nic





Mglisty świt delikatnie wlewał się w resztki pełzającej jeszcze pomiędzy drzewami nocy. Promienie bladego słońca nieśmiało wbijały się w dziedziniec włóczykijowego siedliszcza. Objuczone w sakwy rowery czekały spokojnie gotowe do drogi.
Panna Zielonka i panicz Mordimer zjedli szybkie acz pożywne śniadanie, na grzbiety zarzucili pięknie zdobione kaftany domu Drożdżówkarzy, cholewki butów mocno ściągnęli rzemieniami. Szybko sprawdzili resztę niezbędnego przed rozpoczynającym się patrolem ekwipunku bacząc, aby nie zabrać za dużo, mobilność bowiem była w tym wypadku kluczowa. Nie mogli też zabrać za mało. Nigdy bowiem nie było wiadomo jakie straszydło napotkają po drodze. Na niektóre upiory działały tylko poświęcone księgi i drewniane plusy, na inne zaś wystarczyło ostrze miecza bądź encyklopedia. A bywały też straszydła, na które ledwie działały wszystkie wspomniane utensylia i trzeba było posiłkować się albo eliksirami, albo magią albo cegłą. Nigdy nie było wiadomo na co się trafi.
Włóczykije wyruszyli krótko po tym jak kur zapiał po raz dziewiąty. Minąwszy Bramę Słupską zatopili się w mgłach poranka kierując się w stronę Góry Chełmskiej, mijając po drodze z wolna budzące się do życia podgrodzie. Stromizna góry rozgrzała nieco zaspane jeszcze mięśnie. Na szczycie, opodal na wpół zawalonej bramy opuszczonego sanktuarium zwolnili nieco. Wierzchołki drzew niknęły we mgle. Wokół panowała niczym niezmącona cisza poranka.
- Pusto – rzekł Mordimer stając w pedałach i rozglądając się uważnie wokół. – Nic w czym należałoby zatopić stal i nic, co należałoby przegnać precz.
- Ano pusto – odparła Zielonka przyspieszając nieco. – Jedźmy tedy! Nie traćmy czasu, to będzie długi patrol!
Pognali co sił w dół rozchlapując kołami błoto, rozjeżdżając pierwsze opadłe liście. Wiatr rozwiewał włosy, zawodził ponuro w szprychach. Sianów minęli robiąc weń krótką pauzję, aby oporządzić nieco utytłane brudem ze szlaku sztyblety. Poprzez dukty nadal skąpane w zimnej, lepiącej się do rumaków mgle, poprzez lasy i pola, popędzili w kierunku Polanowa. W galopie minęli oberżę Pod Brudnym Ptakiem zerkając spode łba jeno na pewnego nieprzystojnego jegomościa w brzydkich okularach siedzącego na stopniach opodal i skierowali się na południe. Poranne mgły z wolna ustępowały, rozwiewane przez mocny, południowy wiatr.
Do Miastka wjechali krótko przed południem, lawirując pomiędzy pędzącymi we wiadomym tylko sobie celu karetami. Rozganiając po trotuarach przekupniów i mieszczaństwo dotarli na krótki popas do oberży pod Zielonym Płazem.
- Dokąd to zmierzacie zacni włóczykije? – Zagaił przejeżdżający obok, słuszny wiekiem jegomość o poczciwej twarzy. – Z dala żem rozpoznał żeście z cechu. Pewnikiem straszydeł szukacie?
- Na patrolu jesteśmy – odparł Mordimer zbliżając się do nieznajomego. Prawą dłoń przesunął na głownię miecza gotów dobyć broni w każdej chwili.
- Nie trzeba będzie przyjacielu! – odparł starzec widząc ten ruch i odsłaniając przedramię na którym wytatuowany miał znak cechowy Wojów Emerytów.
- Wybacz nam – rzekła Zielonka zerkając na tatuaż. Gestem nakazała Mordimerowi spokój. – Ale strzeżonego… Wiesz jak jest.
- Ano wiem – uśmiechnął się starzec i zapytał. – Długa trasa?
- A długa mości panie! Jedziemy aż do Gdańska. To chyba ostatni długi patrol przed zimowaniem. Czuć już na grzbietach powiew jesieni. Pędzimy co tchu aby zdażyć przed nocą. Po drodze odwiedzimy kilka miejsc aby zobaczyć czy nowe zło się tam nie lęgnie. Nasi z południa byli latem i nieco upiorności w pień wycięli. – odparł Mordimer wskakując na swojego rumaka. Zielonka uczyniła to samo.
- Udanych łowów zatem, szerokich traktów! – pożyczył powodzenia nieznajomy starzec machając im białą chusteczką na ochodne.
- Wzajem!- odkrzyknął Mordimer i wespół z Zielonką ruszyli przed siebie. Na wschód, zawsze na wschód.
Jechali spokojnie pośród zaoranych już pól z których zebrano plony. Wieśniacy krzątali się pośród krytych strzechą chałup, baby prały w rzekach i stawach brudne gacie. Od czasu do czasu hałaśliwa gromadka umorusanych dzieciaków odważnie pokrzykiwała na jadących traktem włóczykijów zza, jak im się zdawało, bezpiecznych płotów gospodarstw. Co odważniejsze chciały nawet rzucić kamieniem, ale celny strzał z obrzyna na ogół pozbawiał je i ochoty na takie zabawy, i możliwości, odrywając jedną lub drugą kończynę. Chrząszcz brzmiał donośnie w trzcinie, zaś czerwone kapturki uzbrojone w widły i cepy ganiały po polanach skomlącego wilka.
Kolejną pauzę zrobili kilka godzin później na starym, zapuszczonym cmentarzysku. Zsiedli z rumaków i w ciszy poprowadzili je między milczącymi topolami, pomiędzy dęby i nagrobki. Drożdżówkarze z południa polowali tutaj latem na wampira, którego po trudach wielu i krwawej walce udało im się pokonać, zamknąć w ołowianej skrzyni i zakopać na opuszczonym cmentarzu w środku miasteczka. Mordimer i Zielonka będąc w okolicy sprawdzali jeno czy wampir pozostał w swojej nowej kawalerce czy też wydostał się niecnota i znów lata po nocy przebrany za nietoperza, z niewiast wysysając krew zaś z dżentelmenów proweniencji różnej, majonez.
Po kilkunastu metrach Włóczykije zatrzymali się przed jednym z najświeższych grobów.
- Wampir z Odbytowa – przeczytał Mordimer znajdujący się na wielkim drewnianym plusie napis. Zielonka obeszła kwaterę wokół badając czy aby ziemia nie jest w żadnym miejscu naruszona. Nic nie wskazywało na to aby wampir opuścił swoje przytulne lokum.
- Pewnie śpi – stwierdziła Zielonka wbijając w ziemię miecz i stukając nim w zakopaną ołowianą skrzynię. Z wnętrza ziemi dało się słyszeć stłumiony krzyk:
- …śćcie mnie… uje!
- Jest na swoim miejscu, możemy jechać dalej. – rzekł Mordimer pakując swój zgrabny tyłek na karbonowego konia.
- Ano – potwierdziła Zielonka czyniąc to samo. Ponownie ruszyli na wschód, zawsze na wschód.
Porozrywane wiatrem watahy chmur gnały ponad zielonymi jeszcze zagajnikami kiedy do odpoczywających w cieniu olbrzymiego dębu włóczykijów podeszło kilku wieśniaków. Wyjaśnili oni, że poszukują łowców potworów i straszydeł bowiem w okolicznych polach i lasach zalęgło się wiele zła. Zielonka wraz z Mordimerem wysłuchali ich z uwagą nie mając akurat nic więcej do roboty. Biadolenie chłopów trwałoby zapewne do późnej nocy, ale Zielonka, zerkając na zegar słoneczny który zawsze miała w zanadrzu, pożegnała z uśmiechem mieszkańców obiecując im szybki powrót Drożdżówkarzy i rozprawienie się z trapiącymi ich upiorami.
Mordimer stanął w pedałach i zerwał z wiszącej nad traktem gałęzi dorodną kajzerkę z kiełbasą.
- Nie rozumiem – zaczął – z opowieści wieśniaków wynika, że mielibyśmy tutaj pracy na całe lata! Wszak i Koboldy ze śląska grasują po polach, i Dziady Krakowskie z widłami przestają na rozstajach łupiąc przejezdnych, a w lasach i zagajnikach pałętają się jakieś podkarpackie straszydła. Baby kościelne co zawodzą o zmierzchu i na manowce chłopów wiodą, diabły świętokrzyskie takoż i wielkopolskie Pyraki snują się nocami ponad strzechami i starcy z dziatkami przez to mrą. Za śląskimi koboldami lezą Goralenvolk kolaborując, a na to wszystko – złapał oddech i kontynuował – całe bandy Konfederatów oraz Niesprawiedliwieprawych od #!$%@? których ludziska głupieją i lęgną im się bzdurne pomysły w głowach. I Kaszubi też są! Pracy na lata! – zakończył wykrzyknikiem!
- Nie zarobilibyśmy tutaj ani grosza.
- Co proszę? - Nie dowierzał Mordimer kończąc pytanie pytajnikiem.
- Żaden z tych stworów nie istnieje. Może poza bandami Konfederatów i tych drugich bandytów, ale oni są na tyle głupi że prędzej czy później sami się wytłuką. Nic tu po nas – odparła Zielonka przegryzając szyszkę.
- Żartujesz!? Ci wieśniacy nie kłamali! – zakrzyknął Mordimer – To nie możliwe! Przyglądałem się tym ludziom, a ja się na ludziach znam. Oni nie kłamali!
- Nie – zgodziła się Zielonka. – Nie kłamali. Głęboko wierzyli we wszystko. Co nie zmienia faktu. Mordimer milczał jakiś czas.
- Żaden z tych potworów… Żaden? To być nie może. Coś z tego co wymienili musi tu być. Chociaż jedno! Przyznaj.
- Przyznaję. Jedno jest tu z pewnością.
- Ha! Co?
- Kaszubi.
Wieczór zbliżał się nieubłaganie. Słońce malowało już nieboskłon karmazynem, chłopi dreptali na nabożeństwa albo do karczmy. Kobiety nawoływały te dzieci, które ostały się od rana do wieczora żywe, aby czym prędzej wracały do domów, bacząc na utopce, upiory, porywaczy i włóczykijów z obrzynem.
Zielonka zapaliła latarnię ośiwtleniową i nieco ostrożniej niż dotychczas ruszyła przed siebie. Mordimer uczynił to samo i zaczęli wjeżdżać w szarość wieczora, gnać niestrudzenie w czerń nocy. Im dalej na wschód gnali, tym więcej wsi i miasteczek mijali po drodze. Z mocą objeżdżali kolejne wzniesienia aż ich zmęczonym nogom i przekrwionym oczom ukazała się oberża Złote Łuki. Tradycja nakazywała zrobić krótki popas choć do zaprzyjaźnionych gospodarzy mieli ledwie rzut czymś lekkim. Podczas pospiesznej wieczerzy z pełną mocą odczuli niezbyt wspaniałą woń cywilizacji. Wiatr bowiem, dmąc niestrudzenie, przywiewał arom aty fekalne znad wsi Cieniółki, która to znana w całym królestwie była właśnie z powodu roznoszącego się wokół aromatu wiejskiego wychodka. Jako się rzekło, z tegoż powodu szybka wieczerza byłą zaprawdę szybka. Nim czytelniku tych wypocin zdążyłbyś odmówić choraśkę i mrugnąć oczyma sześćset sześćdziesiąt sześć razy, włóczykijów już dawno nie byłoby w tych jakże wspaniale woniejących okolicznościach przyrody.
U zaprzyjaźnionych gospodardzy zameldowali się chwil kilka zaledwie po tym, jak ten sam co wcześniej kur zapiał po raz dwudziesty tego dnia. Wymieniwszy uprzejmości zasiedli do wieczerzy i jęli opowiadać o przygodach dnia. A ogień nie trzaskał wesoło w kominku, bowiem kominka nie było.
#rowerowyrownik #mordimernaszosie
Skrypt | Statystyki
źródło: wcalenieuzylemfragmentuwiedzminawtychwypocinach
Pobierz@MordimerMadderdin: Świr. xD