#truestory #coolstory #feels #nagrodydarwina #pasta #plywajzwykopem #4konserwy

Mireczki, dziś na własne życzenie omal nie straciłem życia,

mimo iż jedyną techniką jaką potrafię jest doskonalony od zeszłego roku "piesek", postanowiłem że zaryzykuje i dzis w końcu przepłynę rzekę. Narew, jak to Narew, zdradliwa suka, tu grunt pod nogami zmienia się z miesiaca na miesiac, ba, z tygodnia na tydzień. W tym roku Narew jest wyjątkowo płytka, linia brzegowa odsunięta, powstało wiele plaż, na których bawią się dzieci, ale powstało też wiele uskoków, gdzie po wejsciu do wody i zrobieniu trzech kroków mamy wodę pod pachy. I takie oto miejsce wybrałem sobie na moją pierwszą próbę - wąskie gardło z wysuniętym cyplem. Pomyślałem sobie, mniejszy dystans, mniej "wiosłowania" rękami.. Wszedłem do rzeki, delikatnie badając grunt zbliżałem się do jej środka, kiedy mialem wodę do szyji, byłem jakies 15 metrów od drugiego brzegu, rzuciłem się więc do przodu, niecałe 20 sekund machania rękami i nogami, no i udało się! Byłem na drugim, wysokim, przypominajacym klif, brzegu. Czułem się Krzysztof Kolumb kiedy odkrywal Amerykę, nowe, dziewicze, dostępne tylko dla "fanatyków" pływania widoki.. Pierwszy raz udało mi sie tego dokonać. Spacerując po wysokości i obserwując wszystkich z pogardą z góry, zaczełem się od razu rozglądać za miejscem w którym wrócę na drugą stronę.. Odpoczełem chwilkę na kamieniu i powoli zaczełem wchodzić do wody, miejsce zdawało się być idealne. Ruszyłem, rzuciłem się do przodu i ile tylko miałem sił w kończynach, zaczełem nimi machać, po kilkunastu sekundach odwrócilem się do tyłu, "cholera" - pomyślałem, byłem tylko kilka metrów od brzegu, serce zaczelo mocniej bić, do drugiego brzegu zostało jeszcze 80% trasy, a było już za późno by wracać, byłem przecież na największej głebinie.. Miejsce, które mi nowicjuszowi zdawało się być idealne, miało swój defekt, zajebisci silny nurt - zamiast 2 metrów wprost do drugiego brzegu, robiłem 10 metrów z nurtem po skosie. Wtedy o tym nie pomyslałem, ale teraz jest to przecież banalnie logiczne, w zwęzeniu woda bedzie płyneła szybciej. Płynełem dalej, kolejne kilkanascie sekund, postanowiłem że zbadam grunt, opuściłem nogi - "c---a" - pod stopami nie było nic. Spanikowałem i jeszcze bardziej chaotycznie zaczełem przebierać rękami.. Przepłynełem kilka metrów wprost / kilkanascie po skosie i ponownie opusciłem nogi w dół szukając gruntu, znowu nic! Byłem na środku rzeki, spanikowany, serce podeszło mi do gardła, nurt ciągnąl w bok, powoli opadałem z sił, w akcie desperacji polożyłem sie na sekundę na plecach, wróciłem do pozycji na pieska, i znów zaczełem machać, adrenalinka skoczyła, jak poparzony przebierałem rękami i nogami, kolejne pare metrów i trzecia próba szukania gruntu pod nogami, "jak teraz mi sie nie uda to nie wiem juz co zrobić", powoli żegnałem sie z życiem, "anielski orszak twoją duszą wziął", opusciłem nogi po raz ostatni "jest grunt!" , miałem wodę po szyję, uda jak u kolarza, aż paliły się całe zakwaszone, nurt miotał mną jak szatan i cały czas próbował zwalić z nóg, "Mały! Chodz po mnie bo nie mam juz sił" - wykrzyczałem, wzywajac pomoc brata mojego różowego paska. Powoli przyszedł po mnie i "rozbijając" nurt przedemną, doprowadził mnie na brzeg..

Nie
n.....a - #truestory #coolstory #feels #nagrodydarwina #pasta #plywajzwykopem #4konse...

źródło: comment_cZlNRq6kypDnyjSBBgwLPWdbQguNkpTd.jpg

Pobierz
  • 24
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach

@naczelny_psychiatra: Jak robiłem kurs, to miałem też pierwszą pomoc, ale (zapewne na szczęście) nigy nie było takiej potrzeby. Jeden się rzuci, drugi nie. Dzisiaj czytałem artykuł o muzułmaninie, który zabronił ratownikom (a w zasadzie fizycznie nie dopuścił ich do wody) pomóc jego tonącej córce, bo dotykając ją, naruszyli by jej godność. Ona utonęła, a on dostał wyrok.
  • Odpowiedz
359 021 - 202 = 358 819

Pobudka po piątej, szybkie zębów szorowanie i wciskanie się w gejciuchy. Chwilę przed szóstą ruszyłem, chyba wiadomo dlaczego tak wcześnie. W mieście było 28 stopni, ale po wjechaniu na wioski temperatura spadła do jakże przyjemnych 22. Cel był prosty, śniadanie we Wrocławiu. Cel udało się zrealizować po 2,5 godzinie, wpadło skromne śniadanie ;) Do tej pory zatrzymywałem się na Brzegu i jechałem, albo do Grodkowa, do Namysłowa, albo zawracałem do Opola. To był błąd, albowiem drogą do Wrocławia jedzie się bardzo przyjemnie, szosa szybka i prosta, a także w miarę porządna. Co do Wrocławia, kiedyś mieszkałem w nim przez dwa lata, przed pięcioma laty wróciłem jednak do rodzinnego Opola. Muszę powiedzieć, że przez ten czas centrum baaardzo się zmieniło.
Powrót bez historii, bo temperatura powyżej 40 stopni (maks. 43) nawet nie przeszkadzała. Tuż przed Opolem postój na gazpacho, które może najlepsze w życiu nie było, ale swoje zadanie spełniło. Miałem w planach jeszcze pyknięcie ustawki treningowej, po dojechaniu na zbiórkę nastąpił cud. Lunęło, poszła piękna pompa z nieba, temperatura momentalnie spadła 35 st. C. . Na horyzoncie widać było kolejne opady, zatem nastąpił odwrót. Na liczniku 176 km, żal było nie dokręcić do 200. Dobiłem snując się po mieście.
Wyszła całkiem wysoka średnia jak na taki dystans, a byłaby jeszcze wyższa gdyby nie przejazdy przez Wrocław i Opole. Z samej 'trasy' powyżej 33 km/h, czyli z nogami wszystko dobrze.
We wtorek niepostrzeżenie pękło 9 tysięcy w tym roku, obecnie jest ich 9,5. W przyszłym tygodniu pęknie 10, o 1,5 miesiąca wcześniej niż przez rokiem. Niech zatem będzie nowy cel na ten rok: 15 tysięcy.
fixie - 359 021 - 202 = 358 819

Pobudka po piątej, szybkie zębów szorowanie i wcis...

źródło: comment_wdypDCTvrv0RFkzTc4XkKnCYCvlbPLlj.jpg

Pobierz
  • 12
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach