W Wenezueli policja pobiła polskiego dziennikarza z Gazety Wyborczej. Sądząc pod dzisiejszych reakcjach na zamach w Nowej Zelandii wielu prawaków i tu zacznie klaskać z radości:

Poprosili o dokumenty. Przez dobrych kilka minut ustalali z kimś przez radio, co ze mną zrobić. W końcu kazali mi wysiąść z samochodu. Mówili, że mają kilka pytań” – czytam w relacji naszego korespondenta na WhatsApp.

Ale pytań nie było. Gdy Tomasz wyszedł z samochodu, założyli
@CaveoPoland: Nie napisałem, że wszyscy prawacy, tylko wielu. Wejdź w znalezisko podlinkowane przez @ghostface https://www.wykop.pl/link/4846455/polski-dziennikarz-pobity-w-wenezueli/ i sam zobacz. Normalnie brak słów.
A "co on tam robi"? Wykonuje swoja prace, poważne medium wysyłają swoich ludzi w "gorące" miejsca, a nie polegają na relacjach z trzeciej ręki. Taki to zawód paskudny - korespondent wojenny.
Czemu załatwienie czegokolwiek jak mieszkasz na zadupiu jest takie ciężkie!!! Dostałem w łeb w sobotnią noc i chciałem sobie zrobić obdukcje. Już bym nawet nie robił jakby było 1 vs 1 ale patusy byli we 2, więc mowie zrobie obdukcje. Mieszkam w miasteczku gdzie nie ma szpitala więc jade do szpitala o 30 km dalej. Okazało się że do zrobienia obdukcji potrzebny jest lekarz medycyny sądowej , ponieważ tylko on ma taką