Człowiek specjalnie kupuje jedzenie sygnowane przez osobę, która od lat żyje z jedzenia, próbowała wszystkiego i której w kwestii żarcia ufa chyba pół Polski.
Myślisz sobie: dobra, może będzie drożej, ale przynajmniej ktoś taki nie podpisze swoim nazwiskiem byle czego.
No i bierzesz. Ser przeciętny, pieczywo bez szału, dodatków jak na lekarstwo, smak totalnie nijaki. Zastanawiam się, czy cały ten autorytet kulinarny nie jest jednak trochę przeceniany.
Jestem szefem kuchni. Od piętnastu lat prowadzę knajpę, przerobiłem z zespołem tysiące dań, od fine diningu po uczciwy street food. I powiem wam jedno: sekta Książula i jego wyznawcy to jest największy rak współczesnej gastronomii.
Przychodzi taki delikwent do lokalu, na nosie okulary przeciwsłoneczne w pochmurny dzień, w ręku telefon na gimbalu, a w oczach absolutna pustka intelektualna. Cała jego wiedza kulinarna zamyka się w trzech pojęciach: „czy jest zapałka”, „czy suróweczka jest