Ostatnio dużo szepce się na wykopie jacy to taksówkarze są źli, a Uber dobry. Do tej pory podobnie myślałam, ale moje ostatnie doświadczenia pokazują, że w Uberze też się można przejechać.
Mianowicie znowu miałam przygodę ze śpiącym Januszem. Tym razem kierowcą Ubera. Zamówiłam go sobie w nocy na ogólnodostępny parking. Miał być w kilka minut, ale po 10 minutach wciąż go nie było. Z aplikacji wynikało, że będzie za 3 minuty. Przy czym jego pojazd nie przemieszczał się na mapie, więc postanowiłam go sama sobie poszukać. Po przejściu kilkuset metrów znalazłam auto zaparkowane na osiedlowej uliczce, z zapalonymi światłami i włączonym silnikiem - gotowe do jazdy. Myślę sobie - fajnie, że się znalazł, wrócę zaraz do domu. Łapię za klamkę z tyłu, a tu zamknięte. Po chwili podchodzę do przednich drzwi i to samo. Zaglądam do środka a tam taki widok:
Fakt, że mogłam obudzić księcia. Ale wspólna podróż z człowiekiem, który nie jest w stanie dojechać w zamówione miejsce i musi sobie zrobić drzemkę na osiedlowej uliczce, nie wydawała się być najlepszym pomysłem. Chciałam anulować kurs i zamówić kolejny. Ale Uber zażyczył sobie za anulowanie pieniądze, więc zrezygnowałam. Zamówiłam więc taksówkę. Po 10 minutach przyjechała, w momencie gdy odjeżdżałam Janusz jeszcze spał. Ale niewiele później się obudził, bo pobrał mi z konta 10 zł za to, że nie pojawiłam się w wyznaczonym miejscu.
Skontaktowałam się z supportem. Opisałam sytuację, oddali 10 zł. Faktem, że zostawiono mnie na lodzie w środku nocy czy tym, że im kierowca zasypia w czasie kursu nie wydawali się zbytnio przejęci.
Morał jest taki, że dobrze jest mieć w telefonie numer do złotówy na wypadek gdyby kierowca z Ubera uznał, że woli się pójść spać niż wozić pasażerów.
Komentarze (6)
najlepsze