Dzień wcześniej: Napięcie emocjonalne jest niezdrowe, dobrze jest wyrzucać z siebie wszelkie problemy, troski itp. Napięcie może spowodować u takiej osoby jak ja powrót do czynnego nałogu. Obecnie jestem już rozładowany, poradziłem sobie z tym. Napięcie, było spowodowane, moim nakręceniem, co z czarnym mustakiem.. Podczas ostatniej podróży, było wielkie bum, myślałem że strzeliła linka, a tu okazało się że w klamkomanetce, poszły sprężynki... też może spowodowane napięciem, dlatego taka mała alegoria.
Czarny Esker na serwisie, a ja mętlik w głowie, co robić. Jest jeszcze biała strzała, na niej zrobiłem pierwsze sto kilometrów jednego dnia. Jest w wersji odchudzonej, bez bagażnika, bez torby, bez bidonów.. to dobrze w końcu lżejsza jest, bardziej aerodynamiczna. Tylko napęd już dowalony, czasem przeskoczy coś w tylnych zębach, trochę krzywe koło, jakieś siodło założone bo założone.. Nie mam zaufania, by jechać plan zrealizować ale prawdziwy rowerzysta i tak wyjedzie na przejażdżkę, gdzie, ile o której to nie wiem...
Dzień wyjazdu: Po śniadaniu, kawie, rozgrzewce itp, następuje co najlepsze wyjazd. Bez celu, aby jechać gdzie dusza zachce. Koła napompowane już wyruszyłem na zachód, ścieżką rowerową moim starym Trekiem. Jechało się zajefajnie, inne ustawienie rąk, szerzej, trochę wygodniej. Mknąłem swoim tempem, stawiając czasem na pedała, ale bałem się bo łańcuch skakał na tylnych zębatkach. Po kilkunastu kilometrach, już wiedziałem że zajadę do serwisu, sklepu, gdzie czarny mustaczek spoczywa, niczym koń w stajni. Jechało się dobrze, lekki ale już irytacja brała, skik skok, łańcuch sam się przerzucał, do tego brak toreb, bidonów, stawać co chwila wody łyknąć. Cały czas jechałem dobrze znaną sobie drogą i kalkulowałem inwestować czy nie w białego rumaka..
Wróciłem na kawę do domku, patrzę czasu mam zrobiłem gul gul, Zmotywowałem się i na Kielce wyruszyłem, już wiedziałem że zakupię nową kasetę, nowe klocki i nowe kółka do wózka przerzutki. Łańcuch nowy już był, kiedyś kupiłem ale odrzuciła go kasetka. Na Kielce spokojnie bez spiny. Spotkałem znajomego zaprosił mnie na jutro bym pojechał z nim na Święty Krzyż, tyle że on tam zostanie pomodlić się długo a ja sobie wrócę objazdem. Fajnie w końcu z kimś pojeżdżę. Trochę rowerzystów się pojawiło na drogach, nie to co zimą.. Wjechałem do sklepu, no pod sklep, przecież nie będę się wpierdzielał z rowerem. Pogadałem o tym czarnym, sprężynka strzeliła, spróbujemy na gwarancję wysłać i do odbioru po majówce będzie. Plany się trochę pokrzyżowały, ale za to zajmę się białą strzałą. Już ponad dekadę ma od brata dostałem, jak poprzedni rower skasowałem o mur oporowy...
Zakupiłem części, a co stać mnie nie ćpam już nie piję to pieniążki są, a że rowerem lubię jeździć to trzeba dodać nowej siły aluminiowemu potworkowi. Przełożyłem torby dwie z bagażnika zrezygnowałem bo jeszcze odjadę daleko. Powrót następuje szybki, akurat wjeżdżam dostaję zaproszenie na obiadek, konsumuje po nim kawa i do boju.
Ja i kręcenie śrubek, nie przepadam za tym, albo coś przekręcę albo źle złożę... Wolę szpadel, kilof i rowy kopać, proste zajęcie. Ale cóż zęby zacisnąłem włączyłem spokojną muzykę i do boju. Ostatnio na szczęście kaseta była ściągną u mechanika kluczem udarowym, nie chciała puścić tak zastana była. Wymieniałem szprychy, boi po strzelane były i tak jeszcze strzelały kolejne. Na główkach pordzewiałe. Sama wymiana poszła w miarę szybko, gorzej szło z centrowaniem. Spokojnie szprycha po szpryce, jakoś było nagle w osi, może nie idealnie ale nie skacze na boki niczym wahadło w zegarze. Jazda próbna, no poezja, można jutro jechać.
Wnioski: - trzeźwość popłaca, - jeździj dalej, - plany jak łeb strzelają, nie załamuj się wyjście jest zawsze, - czarne jest czarne a białe jest białe, - spokojnie kręć śrubki a będzie efekt,
Dzień wcześniej:
Napięcie emocjonalne jest niezdrowe, dobrze jest wyrzucać z siebie wszelkie problemy, troski itp. Napięcie może spowodować u takiej osoby jak ja powrót do czynnego nałogu. Obecnie jestem już rozładowany, poradziłem sobie z tym. Napięcie, było spowodowane, moim nakręceniem, co z czarnym mustakiem.. Podczas ostatniej podróży, było wielkie bum, myślałem że strzeliła linka, a tu okazało się że w klamkomanetce, poszły sprężynki... też może spowodowane napięciem, dlatego taka mała alegoria.
Czarny Esker na serwisie, a ja mętlik w głowie, co robić. Jest jeszcze biała strzała, na niej zrobiłem pierwsze sto kilometrów jednego dnia. Jest w wersji odchudzonej, bez bagażnika, bez torby, bez bidonów.. to dobrze w końcu lżejsza jest, bardziej aerodynamiczna. Tylko napęd już dowalony, czasem przeskoczy coś w tylnych zębach, trochę krzywe koło, jakieś siodło założone bo założone.. Nie mam zaufania, by jechać plan zrealizować ale prawdziwy rowerzysta i tak wyjedzie na przejażdżkę, gdzie, ile o której to nie wiem...
Dzień wyjazdu:
Po śniadaniu, kawie, rozgrzewce itp, następuje co najlepsze wyjazd. Bez celu, aby jechać gdzie dusza zachce. Koła napompowane już wyruszyłem na zachód, ścieżką rowerową moim starym Trekiem. Jechało się zajefajnie, inne ustawienie rąk, szerzej, trochę wygodniej. Mknąłem swoim tempem, stawiając czasem na pedała, ale bałem się bo łańcuch skakał na tylnych zębatkach. Po kilkunastu kilometrach, już wiedziałem że zajadę do serwisu, sklepu, gdzie czarny mustaczek spoczywa, niczym koń w stajni. Jechało się dobrze, lekki ale już irytacja brała, skik skok, łańcuch sam się przerzucał, do tego brak toreb, bidonów, stawać co chwila wody łyknąć. Cały czas jechałem dobrze znaną sobie drogą i kalkulowałem inwestować czy nie w białego rumaka..
Wróciłem na kawę do domku, patrzę czasu mam zrobiłem gul gul, Zmotywowałem się i na Kielce wyruszyłem, już wiedziałem że zakupię nową kasetę, nowe klocki i nowe kółka do wózka przerzutki. Łańcuch nowy już był, kiedyś kupiłem ale odrzuciła go kasetka. Na Kielce spokojnie bez spiny. Spotkałem znajomego zaprosił mnie na jutro bym pojechał z nim na Święty Krzyż, tyle że on tam zostanie pomodlić się długo a ja sobie wrócę objazdem. Fajnie w końcu z kimś pojeżdżę. Trochę rowerzystów się pojawiło na drogach, nie to co zimą.. Wjechałem do sklepu, no pod sklep, przecież nie będę się wpierdzielał z rowerem. Pogadałem o tym czarnym, sprężynka strzeliła, spróbujemy na gwarancję wysłać i do odbioru po majówce będzie. Plany się trochę pokrzyżowały, ale za to zajmę się białą strzałą. Już ponad dekadę ma od brata dostałem, jak poprzedni rower skasowałem o mur oporowy...
Zakupiłem części, a co stać mnie nie ćpam już nie piję to pieniążki są, a że rowerem lubię jeździć to trzeba dodać nowej siły aluminiowemu potworkowi. Przełożyłem torby dwie z bagażnika zrezygnowałem bo jeszcze odjadę daleko. Powrót następuje szybki, akurat wjeżdżam dostaję zaproszenie na obiadek, konsumuje po nim kawa i do boju.
Ja i kręcenie śrubek, nie przepadam za tym, albo coś przekręcę albo źle złożę... Wolę szpadel, kilof i rowy kopać, proste zajęcie. Ale cóż zęby zacisnąłem włączyłem spokojną muzykę i do boju. Ostatnio na szczęście kaseta była ściągną u mechanika kluczem udarowym, nie chciała puścić tak zastana była. Wymieniałem szprychy, boi po strzelane były i tak jeszcze strzelały kolejne. Na główkach pordzewiałe. Sama wymiana poszła w miarę szybko, gorzej szło z centrowaniem. Spokojnie szprycha po szpryce, jakoś było nagle w osi, może nie idealnie ale nie skacze na boki niczym wahadło w zegarze. Jazda próbna, no poezja, można jutro jechać.
Wnioski:
- trzeźwość popłaca,
- jeździj dalej,
- plany jak łeb strzelają, nie załamuj się wyjście jest zawsze,
- czarne jest czarne a białe jest białe,
- spokojnie kręć śrubki a będzie efekt,
#rowerowyrownik #orlenbikechallenge
Skrypt | Statystyki
źródło: Screenshot_20240427-202358
Pobierz