Odbieram dzieciaka z przedszkola. Mojego małego Brajanka. Dzień jak codzień.
Przychodzę do przedszkola, Bryanek wali trochę kupą, bo nie dobiegł do kibla, ale pracujemy nad tym. Zazwyczaj dolatuje. Ok, czasem coś kapnie, ale mały #!$%@? liczy do 20 na luzaka. Ma problem przy piętnaście i szesnaście, ale ogarniemy to. I przychodzi taki gość, dziwny jak zawsze. Wita się z gówniakiem, daje mu ręke. Dzieciak sam wiąże buty, bo tAtusiowi (celowo z małej