Nie dotknęło mnie niby nigdy drastyczne cierpienie. Były rzeczy złe, trudne, smutne, ale takiego cierpienia, które stawia pod znakiem zapytania całe życie nigdy nie było. Nie było też żadnego głębszego szczęścia, uczucia poruszającego chociaż na chwilę całe jestestwo. Wszystko zawsze było powierzchowne, płytkie, bez charakteru. Coś jak u Milana Kundery, tyle że tutaj raczej "nieznośna powierzchowność bytu". Może dlatego nie nauczyłem się żyć, bo wszystko obserwowałem przez szybę i jeśli z czymś
konto usunięte










