Wpis z mikrobloga

Poprzedni wpis

Dzisiaj trochę o bezpieczeństwie, transporcie i różnicach w studiowaniu w Polsce, Danii i Stanach.

Krótka uwaga na początek – okolice Stanforda i samo Palo Alto to taka enklawa bogatych ludzi i zdecydowanie różnią się od oddalonego o 50 km San Francisco.
Okolice Stanforda i Palo Alto są dość bezpieczne. Kilkukrotnie wracałem późnym wieczorem rowerem i nigdy nie miałem poczucia zagrożenia. Jedynym wyjątkiem jest East Palo Alto, ale nigdy się tam nie zapuszczałem, więc słyszałem o tym tylko z opowieści. W San Francisco sytuacja jest bardziej zróżnicowana. W miejscach typowo turystycznych, takich jak Embarcadero czy Presidio, czułem się bardzo bezpiecznie, nawet po zmroku. Zupełnie inaczej jest w okolicach głównej stacji Caltrain w San Francisco i w dzielnicy Tenderloin. Przebywanie tam jest nieprzyjemne i trzeba mieć oczy dookoła głowy. Pełno tam bezdomnych śpiących na chodnikach i ludzi wyglądających na niezrównoważonych, którzy potrafią zaczepiać przechodniów. Osobiście, poza kilkoma słownymi zaczepkami, nie miałem żadnych nieprzyjemnych sytuacji. Byłem jednak świadkiem, jak bezdomny próbował rzucić szklaną butelką w idącą chodnikiem dziewczynę.

Stanford i okolice, jak na standardy amerykańskie, są zaskakująco dobrze skomunikowane. Jest tu mnóstwo ścieżek rowerowych, a po kampusie i najbliższej okolicy jeżdżą darmowe autobusy. Oprócz tego istnieje aplikacja „Palo Alto Link”, która działa jak lokalny rideshare. Zamawiamy przejazd podobnie jak w Uberze, z tym że czasem po drodze kierowca zabiera inne osoby jadące w podobnym kierunku. W zależności od kursu, przejazd może być albo darmowy, albo kosztować do 4 dolarów. Minusem jest to, że usługa działa tylko do 19:00. Mimo wszystko, z miejsca, w którym wynajmuję pokój, do najbliższego przystanku autobusowego mam 30 minut piechotą, więc rower lub auto to absolutny must-have.
Z Palo Alto do San Jose i San Francisco regularnie jeździ pociąg Caltrain. Przejazd do San Francisco trwa około 50 minut i kosztuje 9 dolarów w jedną stronę. Zaletą jest to, że jedzie się wygodnie, można bez problemu wejść z rowerem i rozłożyć się z laptopem, żeby chwilę popracować. W samym San Francisco dróg rowerowych jest już mniej, ale wciąż można się sprawnie poruszać rowerem. Po mieście jeżdżą autobusy i tramwaje. Co ciekawe, wydawały mi się starsze niż te, które jeżdżą po polskich miastach, ale cała komunikacja działała dobrze. Bilet całodniowy kosztuje 6 dolarów. Niesamowite wrażenie robi przejazd autonomiczną taksówką Waymo.

Pojawiły się też pytania o różnice w studiowaniu w różnych krajach.
W USA byłem głównie jako researcher, więc nie chodziłem na zajęcia. Na pewno ogromnym plusem bycia na uczelni takiej jak Stanford jest możliwość zbudowania sporej sieci kontaktów. Standardem są też gościnne wykłady prowadzone przez różnych CEO i researcherów z Doliny Krzemowej, na przykład przez Jensena Huanga, CEO Nvidii.
Różnica między Danią a Polską była dla mnie natomiast ogromna. W Danii bardzo duży nacisk kładziony jest na pracę grupową. Właściwie na każdym przedmiocie był do zrobienia jeden lub dwa duże projekty w grupach. Inna sprawa to liczba przedmiotów. Na politechnice w Polsce potrafiłem mieć ich 10 lub nawet 12 w semestrze. W Danii, idąc normalnym tokiem, jest to maksymalnie 6, a w praktyce często mniej, jeśli weźmie się kurs za więcej punktów ECTS lub zrobi intensywny kurs trzytygodniowy. Kolejna różnica to możliwość wybierania przedmiotów. Na 90 obowiązkowych punktów ECTS na mojej magisterce, 30 miałem z kursów obowiązkowych, 30 do wyboru z dużej grupy przedmiotów technicznych, a pozostałe 30 to były kursy całkowicie dowolne. Była też możliwość realizacji własnego projektu w ramach „special course”. Na egzaminach dozwolone było korzystanie ze wszystkiego, włącznie z laptopem, oprócz internetu. Nie jest to regułą, ale na wszystkich moich egzaminach tak było. Jeżeli egzamin w danym semestrze był zbyt trudny, obniżane są progi punktowe, żeby większa część osób go zaliczyła. Nie ma więc takich przypadków jak w Polsce, gdzie 85% studentów nie zdaje egzaminu w pierwszym terminie. Kontakt z wykładowcami jest bardziej bezpośredni i są oni bardzo chętni do pomocy. Dodatkowo na każdym przedmiocie są też Teaching Assistants, czyli studenci z wyższych lat zatrudnieni, żeby pomagać w nauce i przy projektach. Część z tych różnic wynika na pewno z tego, że w Danii robiłem magisterkę, a w Polsce inżynierkę. Z tego, co słyszałem, na studiach inżynierskich w Danii też jest dużo egzaminów na papierze i mniejsza dowolność w wybieraniu przedmiotów. Mimo wszystko myślę, że to był bardzo dobry wybór. Moje ogólne odczucia są takie, że studiom w Kopenhadze poświęcałem mniej czasu, a jednocześnie więcej z nich wynosiłem.

#karittowkalifornii
karitto - Poprzedni wpis

Dzisiaj trochę o bezpieczeństwie, transporcie i różnicach w...

źródło: WhatsApp Image stanford

Pobierz
  • 2
  • Odpowiedz
  • Otrzymuj powiadomienia
    o nowych komentarzach

Obniżenie progów wydaje mi się nierealne po tym jak u mnie na egzaminach zaliczało 5 na 100 i nie odbywało się to jakoś rzadko.
Pozdrawiam
  • Odpowiedz
  • 0
@Michu9521: W Danii wychodzą z założenia, że jeżeli tak mało osób by zdawało to raczej jest coś nie tak z wykładowcą/egzaminem, a nie ze studentami
  • Odpowiedz