Wpis z mikrobloga

14 344 + 99 + 146 + 68 + 94 = 14 751

Kolejne kilometry po Brazyli.

Nigdy tak spocony nie byłem. Bywałem mniej mokry po wyjściu z rzeki. Moje przednie sakwy są mokre od kapiącego mi z rąk potu. Z rękawiczek rowerowych, po paru godzinach jazdy, mogę wycisnąć więcej wody niż ze świeżo wypranych skarpetek, a i tak się cieszę, że je mam, bo inaczej pewnie by mi się ręce do kierownicy przykleiły. Przy hamowaniu czuć jak ochydna w dotyku jest manetka.

Dostać się muszę na wysokość blisko tysiąca metrów nad poziomem morza. Dowieźć mnie tam ma dwadzieścia pięć kilometrów dobrej drogi. Od początku coś było nie tak. Po pięciu kilometrach musiałem usiąść, napić się, odpocząć. Po kolejnych dwóch znowu. Średnio na pięć kilometrów przypadały mi dwie przerwy i 0.7 litra wody, choć pewnie by przypadł i litr albo półtora, gdybym bidony miał większe. Okolice południa, trasa głównie w słońcu, ponad trzydzieści stopni wedle ostatniego minionego termometru, co za debil wymyślił, żeby pchać się rowerem do Brazyli w środku lata?

W końcu znak informujący o wysokości. Sześćset metrów. Mega, zostało trzysta metrów na piętnastu kilometrach, powinno się wypłaszczyć.

Tak się wypłaszczyło, że cztery kilometry jechałem z górki i straciłem połowe postępu, jeśli chodzi o wysokość.

Jadę dalej. Jak to bywa, są trzy pasy. Dwa w górę, jeden w dół. Mimo to momentami pchałem się pod prąd lewą stroną, bo tam było pobocze, a z mojej strony nie. Oczywiście z mojej strony miałem dwa pasy, więc sytuacja podobna, ale jednak po poboczu nie jeździ nic, a na skrajnie prawym pasie zdarzają się Brazylijczycy którzy nie uznają czegoś takiego jak bezpieczny odstęp od wyprzedzanego roweru. Jest to na swój spodób imponujące, że mając do dyspozycji cały pusty pas mimo wszystko zdarzają się zawodnicy próbujący się zmieścić ze mną na jednym.

Pojawił się znak o końcu tego dodatkowego pasa w górę. W końcu, to oznacza, że będzie mniej stromo! Przez kilometr. Po kilometrze wrócił, zrobiło się stromo, a na ulicy ktoś napisał po portugalsku "zakręt". Lepiej bym tego nie unął, pomyślałem sobie.

No i tak sobie jechałem z milionem przerw, niską prędkością, z przodu najniższa przerzutka, z tyłu druga, bo na najniższej wszystko przeskakuje jak szalone więc nie mogę jej używać.

Strasznie mnie przetyrał ten podjazd. Jestem wykończony w niezrozumiały dla mnie sposób. Ledwo co kilka dni temu podjeżdżałem na podobną wysokość drogami o gorszej jakości i jasne, było powoli, było męczące, ale nie potrzebowałem aż tylu przerw, nie czułem się tak źle jak dziś, nic mnie nie bolało. To czwarty miesiąc podróży i pierwszy raz czułem jakiś ból nóg. Parę razy jak podniosłem nogę, co by na rower wsiąść po przerwie, czułem jakby mnie na chwilę łapał jakiś skurcz dupy. Czy było aż tak stromo? Czy to przez temperaturę lub wilgoć? Odwodnienie, udar? Komar mnie ugryzł i zachorowałem na egzotyczną chorobę powodującą spadek formy? Może po prostu mocny podjazd połączony z tym, że wczoraj zrobiłem prawie sto pięćdziesiąt kilometrów? Nie wiem. Wiem, że jak skończyłem podjazd i zjechałem do miasteczka to miałem tak dość, że stojąc w kolejce do kasy w sklepie myślałem o położeniu się, aż kasjerka ogarnie obie osoby przede mną. Jakoś doczekałem i usiadłem przed sklepem z moim nowym piciem. Wchłonąłem sok jabłkowy i lokalny odpowiednik oshee, wrzuciłem nowe butelki wody do sakw i nie chcąc, lecz musząc, ruszyłem za miasto. Znalazłem rano na street view fajne miejsce nad rzeką, około stu kilometrów od miejsca, w którym zaczynałem dzień, ale po tym podjeździe nie było już szans się tam dostać. Została mi bliższa rzeka kilkadziesiąt kilometrów wcześniej. Nie należy ona do czystych. Jakby to łagodnie ująć... no nie piłbym z niej, a nie mam dużych wymogów co do rzek w których napełniam bidony. Cóż, może i woda brązowa i dojście jest po błocie, ale za to jest głośno bo droga jest tuż obok.

Nocny odpoczynek pomógł, rano już się czułem żywy i ku własnemu zaskoczeniu, nie mam żadnych zakwasów. I tak myślę, że czas na dzień przerwy.

Przynajmniej spotkałem kapibarę.

#rowerowyrownik

Skrypt | Statystyki
zbyl2 - 14 344 + 99 + 146 + 68 + 94 = 14 751

Kolejne kilometry po Brazyli.

Nigdy ta...

źródło: 1000017952

Pobierz
  • 5