Wpis z mikrobloga

385 208 + 104 + 32 = 385 344

- Cny Mordimerze – zagaiła @ZgnilaZielonka w półbiegu jednej z czerwcowych niedzieli, czesząc tort malinowy grzebieniem – Może byśmy wybrali się ku nawiedzonemu dworowi, sprawdzić czy aby na pewno ów nawiedzony jest?

- Nuuu – wyraził zainteresowanie Mordimer obserwując z zainteresowaniem wypełniające izbę mieszkalną powietrze. – No… Można by. – dokończył.

Ruszyli stępa wieczorem by nie męczyć ani siebie ani swoich rumaków popołudniowym skwarem, którego w ten dzień nie było. Twarze owiewał im zachodni wiatr, który nie gonił tym razem spienionych fal, ani nawet jesiennych liści nie gnał ku morzu, bowiem było lato.
Po wielu dniach znoju, po wielu trudach podróży, przez burze groźne i deszcze niespokojne, po godzinie dotarli do jednego z rzekomo nawiedzonych dworów. Wesoła gawiedź zwykła opowiadać jeżące włos nie tylko na głowie historie o Ponurym Pielęgniarzu. Pielęgniarz ów, który w istocie miał być tak naprawdę piekarzem którego udawał dekarz akrobata, zwykł według mrożących krew w żyłach ponurych historii, snuć się nocami albo wieczorami po włościach i straszyć niewiasty workiem mąki i dachówką.

Zielonka i Mordzimierz, odziani w piękne kubraki różnej barwy zajechali na dziedziniec dworu na długo przed zmrokiem i długo po tym jak słońce wysoko na niebie stało. Wieś Parsowo leżała cicho pośród zagajników, otoczona z trzech stron polami, z czwartej przepaścią w czeluściach której nie płynęła rzeka.

Rozejrzeli się po włościach, chwilę nasłuchiwali czy aby ich uszu nie dobiegną jakieś ponure dźwięki zdradzające obecność straszliwego ducha pielęgniarza który był piekarzem udającym dekarza ale nic takiego się nie wydarzyło. Tylko jaskółki hałasowały w gniazdach przy okiennicach, a wiatr gwizdał cicho w podcieniach. O tym że w dworze nic nie straszy upewnili się ostatecznie dostrzegając kota. Koty bowiem, jeśli w obecności ich znajduję się duch (nie tylko duch pielęgniarza-piekarza-dekarza akrobaty) jeżą swoje futerka i syczą niczym węże. Ten zaś leżał tylko w trawie, zerkając leniwie na przybyłych i rozmyślał pewnikiem o swoich kocich sprawach.

- Cna Zielonko – zagaił Mordzimierz dosiadając swego rumaka. – A może byśmy od razu sprawdzili czy w pałacu w Lubiechowie nie straszy? Wszak to niedaleko.
- Mhm – stwierdziła Zielonka przeżuwając rzodkiewkę i arbuza – Jedźmy zatem tym wczesnym latem.

Znowu ruszyli stępa ku Zachodniej Marchii. Nie minęło dużo czasu aż nasi pogromcy duchów, które często duchami nie bywają, dotarli do drugiego, spontanicznego celu podróży. Ponure gmaszysko w ciepłych, pastelowych barwach ukazało się pomiędzy drzewami pradawnego parku.

Zaparkowali opodal Zachodniej Bramy i zaczęli nasłuchiwać. Początkowo nic się nie działo. Wróble ćwierkały jak to wróble mają w zwyczaju, wiatr też hulał jak zwykle, szarpiąc poły płaszcza którego nikt nie miał dziś na ramiona zarzuconego.

Po chwili ich uszu dobiegł dźwięk zgoła inny. Wrażliwi mogliby powiedzieć że usłyszeli krzyk przerażenia z milionów gardeł, nasi włóczykije jednak nie byli pierwszymi lepszymi wrażliwymi niewiastami ani mężami, co to na widok niemiły i obrzydliwy mdleją i mdłości ich dopadają. Coś huknęło głośno. Coś trzasnęło i po chwili uszu Pogromców dobiegł stłumiony jęk:

- Mamy chyba jakieś straszydło w tym zapomnianym przez wójtów i wojewodów końcu świata. – stwierdził Mordimer zagryzając kamień szyszką.

- Nie może być inaczej! – odparła Zielonka głaszcząc siedzącą jej na ramieniu papugę. – Do dzieła!

Pogromcy zaczęli przygotowywać przyrządy: osikowy kołek na wampiry obficie polany wodą święconą, chyba biblię, bowiem okładki starej księgi już dawno wypłowiały, ale w środku było dużo literek w niezrozumiałym języku więc się nada, rewolwer ze srebrnym pociskiem i packę na muchy. Do tego założyli gogle noktowizyjne, przywdziali peleryny niewidki barwy niewidzialnej oraz napięli łuki jednoręczne. Tak przygotowani już mieli wkraczać do akcji, zagrzewani do boju przez meksykańską orkiestrę dętą, którą zawsze ze sobą wozili gdy ich uszu dobiegł kolejny ponury dźwięk.

- …wamaaaaaaaać – zajęczało straszydło. - …dolęęęęęęęę – dodało po chwili.

Mordzimierz i Zielonka spojrzeli po sobie. Jasnym się dla nich stało że ów straszne straszydło nie jest żadnym straszydłem. Te ponure zawodzenia dobiegały z bezzębnych ust pałacowego ciecia, który to uderzywszy się w stopę młotkiem pomstował w niebogłosy. A że, jak już wiemy, pomostował bezzębnymi usty to w istocie mógł brzmieć jak duch Janusza von Zdzisława. Nie oznaczało to oczywiście że w ogóle tutaj nie straszy, ale w tej chwili nic na to nie wskazywało.

Pogromcy zapakowali w sakwy i juki na powrót swoje utensylia pogromców duchów i straszydeł nieczystych. Jeszcze raz spojrzeli na ponury pałac sterczący pośród pól malowanych zielenią rozmaitą i ruszyli stępa ku swojemu zamczysku, odprowadzani wesołą muzyką meksykańskiej orkiestry dętej oraz westchnieniami wszystkich trzech mieszkańców Lubiechowa, którzy akurat w tej chwili byli trzeźwi.

#rowerowyrownik #mordimernaszosie #100km

Skrypt | Statystyki
Pobierz MordimerMadderdin - 385 208 + 104 + 32 = 385 344

- Cny Mordimerze – zagaiła @ZgnilaZ...
źródło: buuuuuu
  • 1