Miała w niedzielę być jeszcze raz Warszawa, ale żona mnie przekonała żebym pospał skoro przede mną droga powrotna... Oj, zła decyzja. Czułem się fatalnie - przespany, przeżarty i wnerwiony ( ͡° ʖ̯ ͡°)
Tak więc pozostaje klepanie kilometrów po Krakowie. Standardowe lokalne poranne przebieżki, wieńczone piekarnią lub biedrą - plus bonusowy bieg z ludźmi z





No i weekendzik. W sumie dość spokojny - jakoś nie miałem sił i energii na jakieś tam rekordy. W sobotę co prawda postanowiłem strzelić połowkę (w spacerowym 5:30 min/km), ale porządki w pokoju chłopaków przeciągnęły się do 2 rano i w niedzielę ledwo przetoczyłem się, ziewając, tych 11 km. Ale nic, jakoś to leci.
Trochę mało wypocząłem w ten weekend, będę musiał to rozbiegać ( ͡° ͜ʖ ͡
źródło: comment_1600634230q1orUF4qbfnaGYod5MoKFc.jpg
Pobierzźródło: comment_1600634311xutW8ilsVhCRzXycmWXtN2.jpg
PobierzAle spoko, mój starszy syn waży połowę tego i właśnie rozwalił swoje identyczne lidlaki ( ͡° ͜ʖ ͡°) a nie biega...
Co do wyglądu, to moje przez pierwsze 300 km też wyglądają jak nówki ;)