Kurde, zaczynam chyba czuć podobny "post-olympic blues" jak po Paryżu. Wtedy, w połowie sierpnia, koniec zmagań olimpijskich zwiastował nadejście jesieni, a więc koniec lata. Jednocześnie człowiek oglądając ceremonię zamknięcia zdawał sobie sprawę końca czegoś wielkiego i to, że nieuchronnie wszystko się kiedyś kończy. I teraz podobnie. Chłop wracał z pracy i zawsze było co oglądać, a to skoki z Tomasiakiem, a to łyżwiarstwo szybkie z pechowym, czwartym Żurkiem, a to łyżwiarstwo figurowe
grzemiak












