Dzień dobry, dobry wieczór, witam.
Stało się. Wyrok zapadł, a ja nie miałem nic do powiedzenia.
Zachorowałem na nowotwór złośliwy. C18 późno wykryty, stopień IV. Mam 15% szans na przeżycie następnych 4 lat. Czterech, bo jestem już niemal rok na leczeniu, a statystyki w kraju z gówna i dykty są jakie są. Duże słowo - leczenie. Mam multi-przerzuty, między innymi do wątroby, kości biodrowej, to te większe. Jestem po 9 chemiach. Dwa cykle schematu FOLFIRI+cetuximab.
Objawy przed rozpoznaniem? Jak zwykle, dokładnie jak w podręcznikach. Zmiana rytmu wypróżnień, lekkie bóle brzucha, biegunki. W ciągu 3 miesięcy schudłem ponad 30kg, to jeszcze przed rozpoczęciem chemioterapii. Potem już z górki: USG, biopsja, kolonoskopia, TK z kontrastem. Obecnie jestem na leczeniu nazywanym onkologia paliatywna. Bez żadnych szans na wyleczenie, operację czy inne zakończenie życia (no chyba że opcja na S lub eutanazja gdzieś poza granicami), niż powolne umieranie na raka. Dziewiąty miesiąc na morfinie i podobnych wspomagaczach. Po dwóch cyklach FOLFIRI, każdy po 4 chemie - wlewy trwające 3 dni z rzędu, udało mi się przeżyć "leczenie" i osiągnąć 70% remisję. I to absolutnie nic nie zmienia. A dlaczego? Bo leczenie nowotworów w tym kraju leży i kwiczy. Schemat leczenia powstał tak dawno, że po prostu go się stosuje bezrefleksyjnie, a lekarze mają to po prostu w dupie. 15% chorych z C18 w stopniu IV przeżywa 5 lat. I tyle.
Brak mutacji genów raka. W grę nie wchodzi żadna terapia celowana, immunoterapia, żadne naświetlania, żadnej operacji, tylko twarda chemia do póki rak nie odbije piłeczki z powrotem. Prawdopodobnie właśnie chemia mnie zabije zanim rak zdąży.
Zderzyłem się czołowo z polską służbą zdrowia, widziałem nie jedno, słyszałem jeszcze więcej. Więcej niż chciałem, za dużo nawet dla mnie. Trzy razy trzymałem panią Śmierć za rękę. Przeżyłem załamanie nerwowe, SOR, zaawansowaną depresję epizodyczną, a nawet skierowanie na pobyt w psychiatryku na oddziale zamkniętym. Dla czego? Bo lekarze mogą wszystko i nikt nie ma nad tym kontroli. Jeśli kogokolwiek zainteresuje moja historia, moje przygody ze służbą zdrowia - mogę się nią podzielić. Ale ostrzegam, to nie dla ludzi o słabych nerwach. Nic za to nie chcę, a jeśli ktoś wysmaruje artykuł - bez żadnych danych osobowych.
Nie proszę o pomoc, nie proszę o pieniądze, nie domagam się współczucia ani wsparcia, bo to już nie ma dla mnie żadnego znaczenia ani celu. Jestem chodzącym trupem i żadne pieniądze, żadne leki, żadne wsparcie albo ich brak, tego nie zmieni. Ale możliwe, że ktoś zechce wysłuchać historii 54 latka, który za rok, może za dwa już nic nie opowie. Może ktoś kiedyś wyciągnie wnioski, choć przyznam szczerze, w tym kraju to nierealne, wręcz niemożliwe.
Zacząłem diagnostykę w WWCOiT im.Kopernika, potem "leczenie" w szpitalu Bonifratrów na Kosynierów Gdyńskich (tam się działo dopiero) i moja historia zakończy się prawdopodobnie w CKD w Łodzi, bo metę już widać na horyzoncie. A do CKD mam względnie blisko.
Zatem, jeśli ktoś ma ochotę - zapraszam do kontaktu. Jeśli nie, no cóż. Ludzie umierają w samotności, to akurat jest naga prawda i nigdy się nie zmienia. Tak, jestem pogodzony z tym co nadchodzi. Trzy razy stałem na granicy tego świata i tamtego. Nie boję się, bo nie ma czego.
Mam na imię Bartosz mam 54 lata i powoli umieram.






Komentarze (2)
najlepsze
Może tylko to, że to, co przechodzisz, jest po prostu piekielnie ciężkie i cholernie niesprawiedliwe.
Zastanawiam, co ja bym zrobił na Twoim miejscu.
Chyba szukałbym jakiejś listy rzeczy które jeszcze chcę zobaczyć, poczuć, zrobić, zanim będzie za późno.
Takiej bucket list na ostatnią prostą.
I myślę, że jedną z pozycji byłoby właśnie to: zostać w końcu usłyszanym i dostrzeżonym.