Chcąc porównać poziom życia, często pokazuje się np. to ile godzin na nowy smartphone musi pracować zarabiający minimalną mieszkaniec danego kraju. Jest to bardzo zły sposób pokazywania różnic wolności podażowej.
Na to, ile zostaje nam do dowolnego wydania składają się dwie grupy wydatków: stały i zmienny.
Wydatki stałe, to te których nie możemy ruszyć nawet zaciskając pasa. Są to: opłaty za mieszkanie (wynajem, raty), rachunki podstawowe (woda, prąd, ogrzewanie, Internet, telefon*), opłaty za dojazd do pracy.
Wydatki stałe są często od nas niezależne – jeśli kupiliśmy mieszkanie i nagle wzrosła nam rata, to nie możemy zamknąć jednego pokoju i przestać za niego płacić. Za dojazd do pracy też nie możemy płacić mniej niż byśmy chcieli, bo ani droga, ani cena paliwa nie są od nas zależne. Możemy zmienić miejsce pracy albo sposób dojazdu, ale pracując w firmie X i mając samochód Y nie możemy w skali jednego miesiąca „przyoszczędzić na dojazdach”.
*zakładając że żyjemy na takim poziomie, gdzie na wodzie ani prądzie nikt nie oszczędza
Wydatki zmienne to picie, jedzenie i cała reszta (przyjemności, zainteresowania). Przykładowo ja piję filtrowaną wodę z kranu oraz napoje nabiałowe (kefiry, maślanki) – unikam wszelkich soków (jem dużo owoców) czy napoi gazowanych. Licząc filtr do wody i kefiry, moje wydatki na napoje w skali miesiąca wynoszą ok 60zł. Gdybym codziennie pił litr coli-coli wzrosłyby do ok 150zł, gdybym pił dwa to do 300zł i tak dalej. Jeśli chodzi o jedzenie, to jem drogo (głównie warzywa, owoce, wołowina, indyk) jednak bardzo mało (nigdy nie miałem nadwagi) oraz nie marnuje jedzenia – 99% tego co kupię spożywam, chociażby było kilka dni po terminie* i na tym też wychodzę na plus. Są osoby, co kupują wyłącznie rzeczy z promocji, jednocześnie wyrzucając połowę tego co kupią (albo nałożą sobie, nie zjedzą do końca i resztę wyrzucą, albo wyrzucają ze względu na datę do spożycia). Dzięki temu że na co dzień żyję skromnie, na przyjemności i zainteresowania wydaję kilkanaście-kilkadziesiąt tysięcy złotych rocznie.
*jedzenie po terminie nie jest niezdrowe, po prostu traci pełną świeżość.
Dwojaki problem.
Aby nasza gospodarka zdrowo się rozwijała, jak najwięcej ludzi musi mieć jak największą wolność podażową. I tu zaczynają się schody – o ile zaciskając pasa np. zużywając mniej wody czy jedząc skromniej możemy oszczędzić parę złotych miesięcznie, tak gdyby rząd zmniejszył cenę paliwa o obiecane 20-40% to już byśmy nawet kilkaset złotych do przodu. Tak samo przy zarobkach brutto – gdybyśmy zmniejszyli opodatkowanie pracy o te 10-20% to zamożność Polaków znacznie by się poprawiła. Jednak w rzeczywistości lecimy w drugą stronę – opodatkowanie pracy, raty oraz ceny podstawowych produktów nieustannie rosną (ze wylęgu na nowe podatki) przez co zmniejsza się wolność podażowa przeciętnej rodziny i właśnie to napędza inflację. Im mniej osób może kupić mniej rzeczy, tym gorzej dla gospodarki a co za tym idzie i dla waluty…
My vs reszta unii.
Tutaj nie będę podawał konkretnych liczb, jedynie napiszę, że w większości krajów UE koszt chociażby paliwa (w pl za średnią kupisz 600l, w DE 1700) czy jedzenie w sklepie (w PL najesz się za ok 30-50% minimalnej, w DE za 10-15%) jest tak niski, że mało kto uwzględnia je w budżecie…
Komentarze (4)
najlepsze