Określenie stopnia śmiertelności choroby w trakcie trwania epidemii jest trudne. W zasadzie nie mając danych na temat większej grupy obserwowanej od początku do końca, dysponujemy tylko współczynnikiem "liczba zgonów/liczba przypadków", który w takiej chwili mniej nam mówi o faktycznej groźności choroby, a więcej o stosunku przyrostu ofiar do szybkości rozprzestrzeniania. W sytuacji, gdy jeszcze 70-80% chorych pozostaje chorymi, liczenie wskaźnika śmiertelności jako współczynnika "liczba zgonów/liczba osób które ukończyły terapię" może prowadzić do dużych błędów. Także długi czas między pojawieniem się objawów a najczęstszym terminem zgonu zwiększa asymetrię, powodując że wyliczanie czegoś z liczby zmarłych z grupy pierwszych chorych i liczby wszystkich chorych włącznie ze świeżo zdiagnozowanymi, prowadzić może na manowce.
Załóżmy sobie chorobę, która w ciągu pierwszego tygodnia od pojawienia się objawów nie wywołuje zgonów, zaś ryzyko po upływie tego czasu wynosi 10% na każdy kolejny tydzień leczenia. Oraz, że chorzy zdrowieją po trzech tygodniach od pojawienia się objawów, a także że co tydzień jest 100 nowych przypadków. Jak będzie wtedy wyglądać stosunek zgonów do liczby przypadków i zgonów do liczby osób, które ukończyły terapię w kolejnych tygodniach?
Tx

























Kiedyś to były wirusy, teraz to nie ma
źródło: comment_nLMUDKIoX6CmeUbVESYkOJlbPLr5TKx7.jpg
Pobierz