#anonimowemirkowyznania
Bardzo proszę o trzeźwe i zdroworozsądkowe spojrzenie z boku na moją sytuację. Wiem, że to może być trudne biorą pod uwagę tematykę i tagi, ale proszę spróbujcie bez hejtu. Od ponad 2 lat tworzę związek z różowym i po prostu jest nam dobrze. Od roku mieszkamy razem, wspólnie wynajmujemy mieszkanie. Oboje jesteśmy lvl 31. Jakoś tego lata zaczęliśmy rozmawiać co dalej. No i wyszło, że chcemy tego samego: wspólnego domu pod miastem (pracujemy zdalnie), dwójki dzieci, psa i kota - czyli po prostu rodziny. Poróżnił nas tylko jeden szczegół: małżeństwo. Ja się nie chcę żenić, bo nie widzę żadnego sensu. Naprawdę żadnego. Wymarzony dom mielibyśmy na połowę, kredyt bez problemu dostaniemy niezależnie od stanu cywilnego, wkład własny również mamy. Tymczasem różowa upiera się, że ślub musi być, nawet po taniości w USC, ale po prostu tak. Jej argumenty: - ułatwienie formalności w urzędach i szpitalach; - automatyzm dziedziczenia; - scementowanie związku. Moje kontrargumenty: - wszystkie pełnomocnictwa można za grosze ogarnąć u natariusza; - testament notarialny; - świstek papieru nie jest nam do niczego potrzebny. Ona jednak nie czuje się przekonana. Nie rozumiem jej... Skoro dom ma być na połowę, wszystkie sprawy urzędowo-szpitalno-dziedziczeniowe można łatwo ogarnąć notarialnie, to jaki jest jeszcze argument za ślubem? Bo na pewno nie podatkowy, z różnych względów opłaca się nam obojgu rozliczać samodzielnie. Czy ktoś, może jakaś różowa, może mi wyjaśnić o co w tej sytuacji jej chodzi? Bo ja po prostu zaczynam nabierać dziwnych podejrzeń i pojawiają się myśli, których nie chcę mieć. Dodam, że jesteśmy z rodzin o podobnym statusie materialnym i zarabiamy mniej więcej tyle samo, okresami nawet ona o te paręset złotych więcej. Naprawdę chcę zrozumieć...
#logikarozowychpaskow #wesele #slub #malzenstwo #zwiazki #zycie #logikaniebieskichpaskow #rodzina
Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo
Bardzo proszę o trzeźwe i zdroworozsądkowe spojrzenie z boku na moją sytuację. Wiem, że to może być trudne biorą pod uwagę tematykę i tagi, ale proszę spróbujcie bez hejtu. Od ponad 2 lat tworzę związek z różowym i po prostu jest nam dobrze. Od roku mieszkamy razem, wspólnie wynajmujemy mieszkanie. Oboje jesteśmy lvl 31. Jakoś tego lata zaczęliśmy rozmawiać co dalej. No i wyszło, że chcemy tego samego: wspólnego domu pod miastem (pracujemy zdalnie), dwójki dzieci, psa i kota - czyli po prostu rodziny. Poróżnił nas tylko jeden szczegół: małżeństwo. Ja się nie chcę żenić, bo nie widzę żadnego sensu. Naprawdę żadnego. Wymarzony dom mielibyśmy na połowę, kredyt bez problemu dostaniemy niezależnie od stanu cywilnego, wkład własny również mamy. Tymczasem różowa upiera się, że ślub musi być, nawet po taniości w USC, ale po prostu tak. Jej argumenty: - ułatwienie formalności w urzędach i szpitalach; - automatyzm dziedziczenia; - scementowanie związku. Moje kontrargumenty: - wszystkie pełnomocnictwa można za grosze ogarnąć u natariusza; - testament notarialny; - świstek papieru nie jest nam do niczego potrzebny. Ona jednak nie czuje się przekonana. Nie rozumiem jej... Skoro dom ma być na połowę, wszystkie sprawy urzędowo-szpitalno-dziedziczeniowe można łatwo ogarnąć notarialnie, to jaki jest jeszcze argument za ślubem? Bo na pewno nie podatkowy, z różnych względów opłaca się nam obojgu rozliczać samodzielnie. Czy ktoś, może jakaś różowa, może mi wyjaśnić o co w tej sytuacji jej chodzi? Bo ja po prostu zaczynam nabierać dziwnych podejrzeń i pojawiają się myśli, których nie chcę mieć. Dodam, że jesteśmy z rodzin o podobnym statusie materialnym i zarabiamy mniej więcej tyle samo, okresami nawet ona o te paręset złotych więcej. Naprawdę chcę zrozumieć...
#logikarozowychpaskow #wesele #slub #malzenstwo #zwiazki #zycie #logikaniebieskichpaskow #rodzina
Kliknij tutaj, aby odpowiedzieć w tym wątku anonimowo











#wat