To był trudny maj, zaczął się od choróbska i pierwsze 2 tygodnie były właściwie stracone, kilometry nakręcone ale bez efektów. Potem krótkie odbicie formy, nawracająca infekcja ucha, i okrutna dycha w upale, tutaj lepiej, bo wynik jak na warunki był spoko, niewiele zabrakło do planu. Nie było więc innego rozwiązania jak zakończyć ten miesiąc jak należy, czyli prawilnym papatonem, te brakujące 20m z Gdyni chodziło
Poranna baza przybrała formę mini czeską. Do tego dla urozmaicenia wplecione 4 przebieżki po 200m na tempie 5:30-5:20. Bardzo fajnie, nogi powoli wracają do życia.
Po 3 dniach odpoczynku, nogi już zaczęły dziwnie swędzieć i jakiś głos z tyłu głowy nie dawał spokoju, więc trzeba było się kawałek przelecieć. Jednak sobotnia dycha w upale dała solidnie w kość. Bieg spokojny, tętno w normie, ale mięśnie jeszcze sztywne. Wniosek jest tylko jeden, odpoczynek nie zadziałał, czyli trzeba to rozbiegać (╭☞σ͜ʖσ)╭☞
Dycha zdliczona, nie wiem skąd Garmin miał tę pogodę na mapce, ale było ponad 25°C przez cały bieg. Bieg na 3 rundy po 3,3km. Na pierwszej trzymałem planowane tempo poniżej 4:45, ale upał był tak okrutny, że trzeba było zwolnić, żeby dobiec. Ostatecznie plan minimum, czyli złamanie 48:00 się udał. Tym samym skompletowane w sezonie wiosennym życiówki na piątkę, dychę i
Jutro dycha, więc dzisiaj Pan Garmin powiedział sprint. Tylko wymyślił jakieś pilnowanie tempa, a jak sprint, to sprint, albo pełnym ogniem albo wcale.
Wpadły dzisiaj jakieś krótkie interwały w tempie. Biega się lekko ale nie czuć petardy w nodze jak przed połówką. Jednak początek maja, zmarnowany przez wirusa, odebrał trochę z postępów treningowych.
@Mapet_Kermit gdzie tam po Ustce biegasz? Bliżej plaży czy „centrum”? Na rower są jakieś fajne ścieżki w Ustce? Bo planuje ze słupska jechać do Ustki rowerem i się tam gdzieś pokręcić po okolicy. Wiem ze post bieganie ale może coś wiesz pozdro
@szczeki32: Garmin wrzuca mi Ustka (Gmina), bo tak nazywa obszar wiejski wokół Ustki. Do samej Ustki nie dobiegam niestety, troszkę za daleko. Rowerem też nie jeżdżę, ale wiem, że jest ścieżka rowerowa wzdłuż morza w kierunku wschodnim, można zajechać chyba do samych Rowów, ale w dużej części już po lesie nad klifami.
Tydzień spod znaku tempa, to już trzecie, tym razem odrobinę krótszy interwał, bo tylko 31'.
Dodatkowo przestawiam się na poranne bieganie w weekendy. Wstaję wcześnie i tak, a żona lubi jeszcze pospać, więc można to wykorzystać. Przynajmniej cały dzień później mam wolny.
Właściwie identyczny trening co we wtorek, tylko dzisiaj nie szalałem. 38 minut tempa 5:20 zrobione w punkt, bez dokładania od siebie.
Tym samym przebiłem w tym roku 600km nalotu, z czego 282km razem z wami na tagu. Na początku roku myślałem, że wyzwanie garmina na 1200km w roku będzie trudne, a jednak kilometrówka stale idzie w górę w miarę jak rośnie tempo.
Wczoraj był odpoczynek, więc dzisiaj wjechało trochę tempa, dokładnie 37 minut blisko tempa połówki. Pobiegane trochę na odwrót, bo delikatnie mocniej na podbiegach, a z górki na spokojniejszym tętnie. Wyszło całkiem nieźle, na schładzaniu tętno szybko spadło i trzymało się nisko, nawet nie podskoczyło na krótkim podbiegu pod domem, jak zwykle bywa. To chyba dobry znak przed dyszką w przyszły weekend.
Dziś wybrałem się na długi bieg z rana, później ma strasznie palić słońce. Wszystko fajnie, gdyby nie cholerne zakwasy od kucania i schylania wczoraj na ogrodzie. Mięśnie dupska i biodrowe dosłownie płonęły w trakcie biegu.
Wczoraj przerwa na rowerek stacjonarny przez deszcz, a dzisiaj 2km rozgrzewki + 4km biegu w tempie połówki czyli 5:05 i luźniutko do końca. Katar jeszcze trochę przeszkadza, a tak poza tym noga i serducho podają elegancko.
Pierwszy trening po weekendowym wirusie. Może i zdrówko jeszcze nie całkiem w normie, ale planowany na zamknięcie kwietnia czeski minipapaton trzeba było zrobić, a że pasował idealnie pod dzisiejszą bazę z planu garmina to nie było innej opcji. Ku zdziwieniu, przy dość żwawym tempie jak dla mnie, to nawet tętno trzymało się w sensownym zakresie.
To był trudny maj, zaczął się od choróbska i pierwsze 2 tygodnie były właściwie stracone, kilometry nakręcone ale bez efektów. Potem krótkie odbicie formy, nawracająca infekcja ucha, i okrutna dycha w upale, tutaj lepiej, bo wynik jak na warunki był spoko, niewiele zabrakło do planu. Nie było więc innego rozwiązania jak zakończyć ten miesiąc jak należy, czyli prawilnym papatonem, te brakujące 20m z Gdyni chodziło
źródło: Screenshot_20260531-104154_1
Pobierzźródło: IMG_20260531_074114_693
Pobierzźródło: IMG_20260531_075645_693
Pobierz