Ponieważ od lat mam styczność ze środowiskiem szkolno-nauczycielskim naszły mnie takie spostrzeżenia, odnośnie wprowadzania RODO w polskiej edukacji...
1. Każda klasa co jakiś czas jeździ na wycieczki. Każda wycieczka, zawody, olimpiady, to lista uczniów (wszystko w formie tabelki w Wordzie) uzupełniona o ich adres zamieszkania, nazwiska i imiona rodziców/opiekunów, numery telefonów do rodziców/opiekunów, często również PESEL. Taka lista jest przygotowywana przez nauczycielki, często po 50-tce, na komputerze ich syna-gimnazjalisty, który przez większość czasu ściąga cracki i seriale z dziwnych stron do swoich gier ściągniętych na torentach.
Taka lista wędruje potem na pendrivie po szkole, aby w sekretariacie można ją było wydrukować. Często jest w międzyczasie otwierana na przypadkowych szkolnych komputerach w celu edycji. O tym, że takie pendrive'y często giną to nawet nie wspominam.
2. Większość świadectw (oraz arkuszy ocen dołączonych do każdego świadectwa, których uczniowie nigdy nie widzą) jest robiona obecnie na komputerach, z reguły tych samych komputerach, które wymieniłem w punkcie 1. Coraz częściej wypełniane są online. Bardzo często zdarza się, że nauczycielki nie posiadające dzieci "które umieją na komputerach" idzie do koleżanki, która wie jak to zrobić i wpisuje swoje dane u niej. Często jest tak, że taka bardziej rozgarnięta nauczycielka/sekretarka lub ich dzieci, wpisują dane połowy szkoły, na przypadkowym, prywatnym komputerze. W tych danych oprócz ocen są oczywiście wszystkie wrażliwe dane osobowe uczniów i ich rodziców/opiekunów.
3. Nie spotkałem się jeszcze ze szkołą, która miałaby informatyka na etacie - i nie mówię tu o "pani od informatyki", która pokazuje dzieciom jak rysować na Paincie, czy pisać na Wodpadzie, mówię o administratorze systemu informatycznego szkoły - coś takiego po prostu nie istnieje. Większość komputerów w szkołach, to stare składaki, w których co parę miesięcy ktoś grzebie. Są z reguły bardzo źle złożone (fizycznie), o bardzo bezsensownych konfiguracjach, a sam dysk jest zapchany bo brzegi przypadkowymi plikami - nikt tam nic nie czyści, nikt nie konserwuje, nikt tego nie przegląda. Łatwo się domyśleć, że każdy z takich komputerów będzie po pół roku wymagał jakiś działań serwisowych. W takiej sytuacji szkoła dzwoni do jakiejkolwiek firmy, która oferuje serwis sprzętu komputerowego, przyjeżdża technik i załamuje ręce - na miejscu nic nie zrobi. Wypina więc wtyczki, komputer pod pachę i przywozi go po tygodniu. Z reguły szkoła nawet nie wie jak taki technik się nazywa, a na komputerze są wszystkie dane wszystkich uczniów i rodziców z ostatnich 10 lat.
Co o tym myślicie?
Komentarze (5)
najlepsze
i co, zapłacą mu maks. 1300zł za miesiąc bo budżetówka?
¯\_(ツ)_/¯
Moim zdaniem informatyka w szkołach - już pomijając moje poglądy na temat prywatyzacji edukacji - powinna zostać zlikwidowana. Więcej z niej szkody niż pożytku.
źródło: comment_D6NwIFouYaQzAKJwSyhGAv7tqwMtaYz3.jpg
Pobierz