Przygody Bilgota cz. 3
Oddział dopiero co wyszkolonych knechtów ruszył na wschód w stronę stolicy. Żołnierze mijali wioski, farmy i nocowali w namiotach. Podobało się to Bilgotowi i Olavowi. Koszary z wrzeszczącym kapitanem mieli za sobą, a maszerując ku wybrzeżu, nad którym nigdy nie byli, zwiedzali kolejne regiony wschodniej Myrtany. Wreszcie czuli się jak na przygodzie; śpiąc pod namiotem, maszerując przez nieodwiedzane wcześniej tereny do wiadomego miejsca, ale nie wiedząc, w jakim dokładnie celu.
Po kilku dniach dotarli pod Vengard. Zobaczyli go już ze sporej odległości po wejściu na szczyt zielonego wzgórza. Mury miejskie wzmocniały liczne, smukkłe wieże, a za nimi nad dzielnicami górowała strzelista cytadela. Bilgot nigdy nie widział tak wielkich fortyfikacji. W sumie nie widział ich wiele, ale stolica przyćmiewała wielkością Monterę, gdzie odbywał szkolenie, a którą uważał za bardzo duże miasto.
Przed zachodem słońca kolumna żołnierzy przeszła przez bramę i skierowała się w stronę koszar, o wiele większych od tych, w którym przyszło im żyć przez cztery miesiące w Monterze. Pomimo tego ledwie starczyło miejsca, by pomieścić ich wszystkich. Vengard był bowiem wręcz przepełniony żołnierzami. Od jakiegoś czasu zbierała się pod nim nowa armia, mająca ruszyć na front i niektóre jej oddziały przebywały wewnątrz murów. Do tego stołeczny garnizon również nie zajmował dużą część miejsc do spania, bo hordy wroga coraz bardziej zbliżały się do siedziby Rhobara II. Oddział, do którego należał Bilgot, wypełnił baraki po same brzegi.
Nazajutrz nowoprzybyłych żołnierzy wysłano do portu, gdzie czekał na nich wielki galeon Esmeralda. Samo zobaczenie morza z bliska okazało się niemałą atrakcją, ale widok ogromnego statku, na którym mieli niebawem płynąć, wywarł jeszcze większe wrażenie. Esmeralda była wykonana z najszlachetniejszego drewna – jej deski pięknie połyskiwały w porannym słońcu, a zza burt dało się zauważyć sporo małych armat.
Oddział dopiero co wyszkolonych knechtów ruszył na wschód w stronę stolicy. Żołnierze mijali wioski, farmy i nocowali w namiotach. Podobało się to Bilgotowi i Olavowi. Koszary z wrzeszczącym kapitanem mieli za sobą, a maszerując ku wybrzeżu, nad którym nigdy nie byli, zwiedzali kolejne regiony wschodniej Myrtany. Wreszcie czuli się jak na przygodzie; śpiąc pod namiotem, maszerując przez nieodwiedzane wcześniej tereny do wiadomego miejsca, ale nie wiedząc, w jakim dokładnie celu.
Po kilku dniach dotarli pod Vengard. Zobaczyli go już ze sporej odległości po wejściu na szczyt zielonego wzgórza. Mury miejskie wzmocniały liczne, smukkłe wieże, a za nimi nad dzielnicami górowała strzelista cytadela. Bilgot nigdy nie widział tak wielkich fortyfikacji. W sumie nie widział ich wiele, ale stolica przyćmiewała wielkością Monterę, gdzie odbywał szkolenie, a którą uważał za bardzo duże miasto.
Przed zachodem słońca kolumna żołnierzy przeszła przez bramę i skierowała się w stronę koszar, o wiele większych od tych, w którym przyszło im żyć przez cztery miesiące w Monterze. Pomimo tego ledwie starczyło miejsca, by pomieścić ich wszystkich. Vengard był bowiem wręcz przepełniony żołnierzami. Od jakiegoś czasu zbierała się pod nim nowa armia, mająca ruszyć na front i niektóre jej oddziały przebywały wewnątrz murów. Do tego stołeczny garnizon również nie zajmował dużą część miejsc do spania, bo hordy wroga coraz bardziej zbliżały się do siedziby Rhobara II. Oddział, do którego należał Bilgot, wypełnił baraki po same brzegi.
Nazajutrz nowoprzybyłych żołnierzy wysłano do portu, gdzie czekał na nich wielki galeon Esmeralda. Samo zobaczenie morza z bliska okazało się niemałą atrakcją, ale widok ogromnego statku, na którym mieli niebawem płynąć, wywarł jeszcze większe wrażenie. Esmeralda była wykonana z najszlachetniejszego drewna – jej deski pięknie połyskiwały w porannym słońcu, a zza burt dało się zauważyć sporo małych armat.








Miasto Khorinis wywarło na Bilgocie duże wrażenie swoim rozmiarem: niewiele mniejsze od Vengardu, chociaż nie tak ufortyfikowane, a jego styl architektoniczny znacznie odbiegał od tego na kontynencie. Łatwo dało się zauważyć, że złote lata ma ono za sobą: wiele budynków w dzielnicy portowej poważnie nadszarpnęły czas i pogoda, a mieszczanie nie mieli chęci albo środków na remonty. Doki świeciły pustkami, nie było w nich żadnych większych statków, tylko kilka łodzi rybackich. Inne dzielnice prezentowały się lepiej, ale w nich również dało się zauważyć powolny rozkład. Wewnętrzny mur oddzielający dolną część miasta od portowej urywał się zburzony przy głównej ulicy między nimi, po dawnej bramie nie został się najmniejszy ślad. Tylko górne miasto nadal pozostawało w nienagannym stanie: przede wszystkim ratusz i pokaźne, piętrowe domy bogatych kupców. Zewsząd zbiegali się obywatele, by przyjrzeć się uważnie dumnym paladynom, krzątającym się po porcie i górnym mieście.
Lord Hagen i jego doradcy w ciągu nocy ustalili szczegółowy plan. Postanowiono działać niezwłocznie. Ekspedycję podzielono na dwie części. Jedna miała pozostać w mieście i zadbać o pacyfikację bandytyzmu szerzącego się na wyspie, a druga ruszyć do Górniczej Doliny. Bilgot, tak jak wszyscy inni knechci, znajdował się w drugiej grupie, dowodzonej przez paladyna Garonda.
Oddział miał ruszyć w samo południe. Dowódca otworzył usta, by wydać komendę, ale przeszkodziły mu coraz głośniejsze odgłosy szamotaniny i krzyków, dochodzące od strony targowiska. Dwóch strażników miejskich ciągnęło jakiegoś mężczyznę o smagłej twarzy, sumiastym wąsie i czarnych włosach związanych w pytkę, a obok nich kroczył paladyn Lothar, który podszedł do Garonda i rzekł:
– Dołączcie tego wariata do grupy więźniów, jakich ze sobą prowadzicie. Jest dawnym skazańcem z kolonii.