Przeglądając starsze wykopowe wpisy, natknąłem się na wielce pouczającą dyskusję o tym, jak to się w rozmaitych regionach Polski określa wyprawy do sadów/działek po cudze jabłka. Ja, wychowanek miasta stołecznego, używałem całe życie określenia 'szaber', chociaż znana mi była również 'dzierżawa'. Dla wielu użytkowników portalu naturalniejszymi określeniami są 'harenda', bądź 'pachta'.
Okazuje się, że 'dzierżawa' i 'harenda' znaczą mniej więcej to samo, bowiem 'harenda' to pospolita arenda (a więc dzierżawa) wymawiana z
Okazuje się, że 'dzierżawa' i 'harenda' znaczą mniej więcej to samo, bowiem 'harenda' to pospolita arenda (a więc dzierżawa) wymawiana z








#polska
Chcącemu nie dzieje się krzywda, sanepid precz!