Wpis z mikrobloga

#coolstory #truestory

Kontynuacja tego wpisu:
https://www.wykop.pl/wpis/24264289/coolstory-truestory-pokaz-spoiler-sobota-sobotnie-/
Wybaczcie, że tak późno, ale ktoś nieustannie psuje wypok. Nie mam zamiaru wskazywać palcem kto, ale... nie no, dobra, tym razem nie ma tu winy Michaua. Tak czy siak, chyba lepiej późno niż wcale, c’nie?
OP wreszcie dostarcza ( ͡° ͜ʖ ͡°)


Wrześniowe słońce kładło się powoli za horyzontem oblewając wszystko pomarańczowym blaskiem, wszyscy wciąż byli na zewnątrz z Jurgenem i policją, a ja tymczasem siedziałem w kuchni pijąc wodę. Muszę wam powiedzieć, że Cisowianka lekko gazowana nigdy nie smakowała tak dobrze, jak tego dnia.

Wydawało się, że ta jakże interesująca sobota dobiega końca. Policja zapewne pakowała właśnie Jurgena do radiowozu. Pewnie odstawią go do ambasady i lada dzień będzie w domu, a ja będę się jeszcze jakiś czas zastanawiał, kim był tajemniczy jegomość. Ehh, może przynajmniej dowiemy się czegoś z facebooka.
Gdzieś korytarzem przemknął kumpel.
- Ej, znalazłeś w końcu tego Jurgena na fejsie?
- Stary, tam jest chyba ze trzydziestu Jurgenów Neuhauserów. Przejrzałem szybko profilowe, ale żaden tam nie wygląda jak on.
Westchnąłem. A więc tak to się skończy? Nic się nie dowiemy? Ehhh...

Kilka chwil później wciąż byłem sam w domu, pomyślałem więc, że może Jurgen spanikował na widok policji, zrobił ten jeden niewłaściwy ruch i musieli go zdjąć na miejscu... Wspominałem już, że jestem pesymistą? :^)
Tak czy owak, zostawiłem szklankę do połowy pustą i na zewnątrz zastał mnie kolejny niespodziewany widok, choć wtedy niekoniecznie zdawałem sobie z tego sprawę.

Z wciąż niewiadomych mi powodów policja nie zapakowała Jurgena do suki i nie odwiozła gdziekolwiek tam, gdzie odwozi się zagubionych i wychudzonych Austriaków. Natomiast najwidoczniej regulamin nakazuje stanie kilka metrów od całej sytuacji i plotkowanie półszeptem, bo to właśnie robiło dwóch obecnych policjantów.
Młodzi, o twarzach nieska... Dobra daruję sobie ich opis. Rzecz w tym, że gdyby Jurgen był jakimś polskim pijaczkiem, który nie trafił na swój ogród, to problem byłby zapewne dawno rozwiązany. Byłoby tak, ponieważ byłaby to dla policji rutyna, ale los postanowił zasiać w tę feralną sobotę ziarno chaosu. Swoją drogą to zabawne obserwować, jak w takich niecodziennych sytuacjach różne instytucje państwowe okazują prawie całkowicie bezradne i upada iluzja porządku.
Jeszcze zabawniej jest w tym uczestniczyć. Ale nie uprzedzajmy faktów, karuzela dopiero się rozkręca.

Zorientowałem się w sytuacji i wyglądało na to, że czekaliśmy teraz na tak zwaną „inną policję”, którą należy pochwalić, ponieważ nie ociągali się zbyt długo z przybyciem. Ale zanim nieoznakowany radiowóz wjechał na ogród coś mnie tknęło i spytałem kumpla:
- Jurgen mówił coś, kiedy tak tu staliście?
Zmarszczył brwi i zaczął niepewnie.
- Wiesz co... powiedział coś w pewnym momencie. Że coś złego dzieje się ze światem. No, coś takiego. Zapytałem go o to, ale nic nie odpowiedział.

Argh, cholerny Austriak. Dokłada tylko cegiełki do tajemnicy. Coraz więcej pytań, wciąż zero odpowiedzi. A’propos odpowiedzi, to z drugiego radiowozu (tego nieoznakowanego) wytoczyła się kolejna dwójka policjantów. Tym razem starszych i sprawiających wrażenie, jakby wiedzieli co robią. Piszę „wytoczyła”, ponieważ wyglądali jak niedźwiedź i wielki niedźwiedź. Stanęli nad mikrym Jurgenem cały czas usadowionym na krześle ogrodowym i wyglądali jak kaci.

Dalej sprawy przebiegły całkiem sprawnie, wyłączając fakt, że na czterech policjantów zero władało językiem Szekspira, więc robiłem za tłumacza. I tak dowiedzieliśmy się, że Jurgen pracował w IT, poznaliśmy jego datę urodzenia, miejsce zamieszkania, imiona rodziców, bla bla, i tak dalej. Generalnie wszelkie dane, których policja potrzebowała celem wypełnienia teczki z napisem „Jurgen Neuhauser”, by móc ją spokojnie schować do piwnicy.

W międzyczasie pojawiło się też pogotowie i po kilku, coraz bardziej stanowczych namowach, pozwolił się zbadać. Ratownicy stwierdzili, że oprócz lekkiego odwodnienia i otarć stóp nic mu nie jest. I Jurgen dostał wybór. Albo jedzie z pogotowiem do szpitala i tam dojdzie do siebie albo policja zawija go do mentowni, znaczy poczeka sobie na komisariacie, aż ktoś będzie wiedział, co z nim zrobić.

Przedstawiłem mu obie alternatywy, ale nie był zainteresowany żadną.
- Nie chcę jechać do szpitala - skwitował opcję pierwszą.
- W takim razie policja zabiera cię na komendę.
- Tam też nie chcę jechać.
- A czego chcesz?
- Zostać tu.
Przyznam, że było to całkiem rozbrajające, ale niestety nie było takiej opcji.
- To niemożliwe, Jurgen.
- Aha.
- Wiesz, że jak nie pójdziesz z policją po dobroci, to cię zawloką?
- Tak.
- To jak?
- Nie idę po dobroci.
W porządeczku. Przekazałem, a policjanci po prostu go podnieśli i wynieśli. Próbował stawić jakiś opór, ale jedynie powłóczył nogami i zaraz był w radiowozie. Czemu nie można było od razu go zawieźć? Nie mam bladego pojęcia.

I tu historia mogłaby się skończyć. Mogłem się pożegnać z kumplem i iść do domu, mogłem zjeść coś ciepłego, mogłem się porządnie wyspać, ale sami wiecie jak jest z ciekawością. Jest jak swędzące miejsce na plecach, do którego w żaden sposób nie możesz dosięgnąć, ale kiedy wreszcie ci się uda...
O słodki jezuuu.
Dlatego, kiedy obserwowaliśmy odjeżdżające radiowozy zagadnąłem kumpla i jego wujka:
- Panowie, chyba nie odpuścimy tak tego, co? Nie chcecie się dowiedzieć czegoś więcej o nim?
Chcieli. Nie trzeba było nic więcej dodawać, po prostu poszliśmy w niemym porozumieniu do Skody wujka.

Na komendzie zastaliśmy Jurgena w pokoju przesłuchań. Zanim przyjechaliśmy policja zdążyła przeszukać go i oto, co znaleźli w kieszeniach: jeden rozwalony odtwarzacz MP4, kartę przedstawiającą narządy człowieka przypisane do miejsc na stopach, zapewne w celu akupunktury oraz... tam-da-ra-dam, kartę EKUZ. Było to istotne, ponieważ była to jedyna rzecz „potwierdzająca” tożsamość Jurgena. Czekając aż wielki niedźwiedź zje wszystkie bułki z pasztetem i dowie się, czy ta karta faktycznie jest legitna Jurgenowi zdążono pobrać odciski palców i zrobić zdjęcia. W międzyczasie nam się udało trochę porozmawiać i nawet go szczerze rozbawić. Zgrabnie uniknął pytań o tę nieszczęsną Słowację, ale udało się nam dowiedzieć czegoś o jego „fryzurze”.
- Jurgen, to o co chodzi z twoimi włosami? Ktoś ci je obciął, tak?
- Sam je sobie obciąłem.
Wymieniliśmy się z kumplem pytającymi spojrzeniami.
- Zaraz, jeśli sam je sobie obciąłeś, to czemu tak... no wiesz, niechlujnie?
- Bo na stacji benzynowej mieli tylko takie małe nożyczki.
- Aha, a czemu w ogóle je ściąłeś?
- Bo nie chciałem już mieć włosów.

Po gdzieś tak wieczności zjawił się pan bagieta-wielki niedźwiedź przedstawiając trzy opcje. Być może sądzicie, że oczywistym jest, iż wykona się telefon do ambasady i wszystko się rozwiąże w miarę szybko i sprawnie, co? Nic z tych rzeczy. Okazuje się, że przez weekend ambasada jest nieczynna i do poniedziałku Jurgen jest w zasadzie zdany na siebie. Ale wracając do opcji.
- Jurgen, rozumiem, że nie chcesz zostać na komisariacie...
- Nie chcę.
- I do szpitala pewnie też nie chcesz jechać?
- Nie.
- Bo pojawiła się jeszcze taka możliwość, żebyś został do poniedziałku w schronisku brata Alberta.
- A nie mogę po prostu stąd wyjść? - powiedział poirytowany.
W sumie Jurgen był tu jedyną poirytowaną osobą. Jeszcze.
- No... niby możesz, ale gdzie pójdziesz?
- Do ciebie - wskazał na kumpla.
- Nie no, już ustaliliśmy, że to odpada.
W końcu dał się przekonać do schroniska, ale pod warunkiem, że pojedziemy tam (ja i kumpel) z nim.

Na zewnątrz było już ciemno, w żołądkach pusto, ale wyruszyliśmy. Na miejscu okazało się, że opiekun tego obiektu kręcił nosem, że nie wie, czy tak można, że to tak nie powinno się robić, żeby w nocy przyjeżdżać, bla bla bla. Wykręcał się. Wykręcał się, ponieważ okazało się, że schronisko imienia brata Alberta nie ma ochoty przyjmować obcokrajowców, bo nie dostaje za nich hajsu. Mniej-więcej. Ponurą ironią był krzyż z Jezusem w każdym pokoju, co nie umknęło uwadze wujka, człowieka wierzącego i praktykującego. Po ostrej wiązance z jego strony zawinęliśmy się i mieliśmy już dwóch poirytowanych ludzi na pokładzie.

Kolejny przystanek - szpital. Każdy, kto miał styczność z tworem o nazwie „polski szpital” pewnie wzdrygnął się na myśl, że jesteśmy w tym przez bogów zapomnianym miejscu w sobotę o godzinie 23. Tutaj też było komicznie, bo sanitariusze, czy jak tam się nazywa tych typów z izby przyjęć, kiedy im streściliśmy sytuację, to zaczęli szukać Jurgena w internecie po danych z karty EKUZ xDDDD
W końcu doczekaliśmy się lekarza, który zaproponował test na obecność narkotyków. Oczywiście Jurgen nie chciał dać sobie zrobić żadnego testu, ale go przekonaliśmy. W międzyczasie pielęgniarka stwierdziła, że austriacka karta czymś tam się różni i ona nie potrafi tego wprowadzić do systemu. Pamiętacie, co pisałem kilka akapitów temu o ziarenku chaosu? Taaa...

Siedzieliśmy na zewnątrz, pod gwieździstym niebem, kiedy zawołali nas po wyniki testu. Jurgen był czyściutki jak łza papieża. Z drugiej strony lekarz powiedział nam też, że test z moczu po takim czasie jest absolutnie bezużyteczny i w sumie nie wiadomo, po co go robili. Iks, #!$%@?, de. Trzeci poirytowany - ja.

I siedzieliśmy tak przed szpitalem zastanawiając się, co począć. Pan bagieta dzwonił do jakiegoś innego bagiety, szprechającego po niemiecku, żeby Jurgen z nim pogadał i dał się przekonać do niedzieli na komisariacie, ale Jurgen - już teraz mocno wnerwiony - zaczął mieć wątpliwości, czy pan bagieta jest faktycznie z policji. Wywiązała się mała słowna sprzeczka i skończyło się na tym, że Jurgen stwierdził, że sobie idzie. Gdzie? Nie powiedział, bo sam nie wiedział. Przekonywaliśmy go, ale nic to nie dało. Jego irytacja sięgnęła punktu wrzenia. Wstał i odszedł w ciemną noc, a my nic nie mogliśmy poradzić, więc również rozeszliśmy się. Oczywiście śledziłem go jeszcze kawałek, a potem dowiedziałem się, że kumpel i wujek jechali za nim nieco dłuższy kawałek, a Jurgen uparcie szedł w jednym kierunku. Brzmi to jak dosyć gorzkie zakończenie historii o tajemniczym przybyszu, ale...


Następnego dnia, kiedy odespałem tę jakże ekscytującą noc, zacząłem przeczesywać facebooka Jurgen po Jurgenie. Udało mi się go znaleźć, choć niespecjalnie się na fejsie udzielał. Tak czy siak, znalazłem kilka osób z jego rodziny i kilku, jak mi się zdaje, bliższych znajomych i wszystkim wysłałem informację, co się dzieje z Jurgenem. Co ciekawe, nie odpisał mi nikt. Drugą interesującą rzeczą była aktywność Jurgena. Nie było tego wiele, ale w pewnym momencie Jurgen zaczął się udzielać trochę bardziej poprzez postowanie różnej maści materiałów o charakterze eko-wege-lewackim („Coś złego dzieje się ze światem”).
Pewnie ciśnie się wam teraz na usta (klawiaturę?) pytanie:

No dobra @I_CO_TERAS, ale co teraz? Już nie można sobie postować lewackich rzeczy?

Znaczy, wiecie, gdyby to ode mnie zależało... ( ͡° ͜ʖ ͡°)
Żartuję. Co do lewactwa Jurgena, to jeszcze do tego wrócę.

Jakiś tydzień później spotkałem się z kumplem, w sensie z tym kumplem. Był na przejażdżce rowerowej i „tak jakoś” przejeżdżał obok komendy i „tak jakoś” podszedł się zapytać o Jurgena. Nie sądzę, że jest to zbyt rozsądne ze strony policji, by udzielać takich informacji byle komu, ale kumpel dowiedział się, że Jurgen jest obecnie w uwaga-uwaga schronisku imienia brata Alberta, tyle że nie w tamtym, a w innym mieście, trochę dalej.

Dwa dni później byliśmy już w „innym mieście, trochę dalej”. Od opiekuna tego ośrodka dowiedzieliśmy się dość ciekawych rzeczy. Jeden, Jurgen był tutaj dwa tygodnie wcześniej, w normalnym ubraniu, z plecakiem podróżnym... Podobno. Dwa, obecnie Jurgen nie należy do najbardziej spokojnych pensjonariuszy. Trzaskanie drzwiami, fikanie do innych były na porządku dziennym... Podobno. Rzecz w tym, że z naszym gwiazdorem widzieliśmy się pół godziny później i wszystkiemu zaprzeczył.

Korzystając z okazji, że wreszcie mogliśmy porozmawiać bez obecności policji chcieliśmy z nim pogadać o jego „przygodzie” na Słowacji, ale niestety jego stosunek do nas zmienił się diametralnie i był po prostu chłodny i gburowaty. Nie żebym miał mu to za złe, nie miał żadnego obowiązku spowiadania się nam, ale powiedział, że wyruszył w podróż, żeby dorosnąć i myślę, że mówi to wystarczająco wiele. W każdym razie, Jurgen się zaczął nieco irytować naszą obecnością, więc musieliśmy skończyć rozmowę. Wróciliśmy zrezygnowani i nieusatysfakcjonowani, ale teraz dodając dwa do dwóch, sądzę że mam wystarczający obraz sytuacji. Myślę że cokolwiek złego mu się przytrafiło na Słowacji, nie było tak złe, jak mi się początkowo zdawało (o ile w ogóle coś mu się stało) A myślę tak, ponieważ...

PÓŁ ROKU PÓŹNIEJ

Coś tknęło mnie, żeby zobaczyć jak się ma nasz austriacki znajomy. Wpisałem imię i nazwisko w facebookowej wyszukiwarce i zaskoczony zobaczyłem, że Jurgen udziela się znacznie intensywniej niż kiedyś. Jego posty można było podzielić na dwie kategorie - standardowe eko-wege-lewackie wrzuty plus zdjęcia własnego full naturalnego wege ogródka oraz pociski po swoim ojcu. Z mojego niemieckiego zachowało się na tyle dużo, żeby mniej-więcej wiedzieć, o czym pisze. Ale dopiero, gdy zasięgnąłem pomocy tłumacza google zobaczyłem, że jego posty są albo o tym, że ojciec chce go wysłać do psychiatryka, albo że on wysyła ojca do psychiatryka. I tak w kółko. Wstrzymam się od wyrokowania nad zdrowiem psychicznym Jurgena, ale jeśli miałbym wyciągnąć z tej historii morał, to brzmiałby on:


I to już koniec mojej przygody z tajemniczym, austriackim jegomościem. Mam nadzieję, że narracja nie była zbyt toporna.

Wołam:
@GryziaS, @mandrake13, @Sarpens, @twistedgin, @licuri, @Wyder91, @Narqs, @yeestorm, @Sor92, @DziewczynaMirka, @Leniek, @eddie203, @ixoos, @michalmicel, @rpApe5, @fantastyczny_pan_lis, @bonczo, @Carbored, @xawix, @laza
  • 2