Jest czerwiec, niby najpiękniejszy miesiąc w roku. Dzień trwa niemal bez końca, światło zostaje z nami do późna, natura w pełnym rozkwicie. Wszystko dookoła krzyczy: „żyj!”. A ja? Patrzę przez okno i nie czuję nic. Jakby to wszystko działo się obok mnie, nie dla mnie.
Codzienność sprowadziła się do schematu: praca–dom–praca–dom. Jakby życie zaczęło się zapętlać, a człowiek tylko je odklepywał. Kiedyś pora roku wyznaczała rytm – wiosną orało się ziemię, latem
Codzienność sprowadziła się do schematu: praca–dom–praca–dom. Jakby życie zaczęło się zapętlać, a człowiek tylko je odklepywał. Kiedyś pora roku wyznaczała rytm – wiosną orało się ziemię, latem










Podchodzę już nie wiem który raz do tego od zeszłego roku i nie wychodzi. Potrafię na luzie wytrzymać 1-2 tygodnie a później magiczna bariera znika i znowu startuję od zera (czasem na jeden dzień, a czasem wracam dopiero po kilku dniach). Najdłużej wytrzymałem jakoś 2x ~40 dni.
W międzyczasie spróbowałem rzucić inne 'nałogi' i w tym przypadku się udało:
-