W grudniu 2017 roku wybraliśmy sie z rodzina w podroz zycia do Marzasichle. Zalozylem wiec opony zimowe co mialem po Karolku i na wszelki wypadek wzialem lancuchy na kola co by sie nie zakopac. Po przejechaniu okolo 3 kilomentow dojechalismy do celu. Byla 21.37, zgasilem poloneza, wyjalem jamnika bez ktorego nigdzie sie nie ruszam, wypuscilem dzieci, gruba zone i udalem sie do recepcji. Uprzejma pani w recepcji konczac obierac kartofle sciszyla Ojca