Obudziłem się, mam perfidne myśli, więc coś napiszę.
Też tak macie, że większe miasto wydawało się Wam szansą, możliwością wybawienia, a okazało się, że wcale tak nie jest, że to mrzonka, cierpicie bardziej albo tak samo? Pamiętam jak trafiłem do miasta, studia, na początku było fajnie, tak niecały rok, wszystko nowe, bodźce. Z każdym rokiem coraz gorzej, nieudane nieudolne próby relacji, samotność, wszędzie ci ludzie, którzy #!$%@?ą samym swoim byciem, rozczarowanie, zastanawianie się "jeżeli tyle tu osób to dlaczego ja #!$%@? nie mogę kogoś poznać?".
Teraz od dłuższego czasu jestem w domu, bardzo mała mieścina, utknąłem tutaj, nie ma tu co robić z życiem, tęsknię za tym, żeby coś się działo, samotność tu jest innego typu, bo mało ludzi wszędzie, ale czasem to boli mocniej, bo nie masz nawet minimalnej nadziei, że kogoś spotkasz, jakkolwiek. No więc tu siedzę, boję się ruszyć cokolwiek, nie wiem jak, czuję się jak w celi, gdzie by mnie nie było jest źle. Zadupia są okropne, niektórzy z Was to znają, wrzucacie zdjęcia z jazdy rowerem, rozumiem to, to jest czasem straszne, nie widzieć perspektywy żadnej.
Ta kwarantanna dobitnie przekonała mnie do tego jak bardzo #przegryw i #samotnosc (╥﹏╥)
Lvl 22 i od zawsze sam. Sporo znajomych, całkiem dobra praca 7k, podróże, no pozornie nie ma na co narzekać, a jednak samotność powoduje że w sumie wiele bym oddał za kogoś obok.
Obracam się ciągle wśród tych samych ludzi i dopiero teraz jak nie obracam się wokół żadnych ludzi to widzę że jakoś mocno sobie sam te szanse na poznanie kogoś zaprzepaściłem. No a teraz większość fajnych różowych w moim wieku zajęta (
@WwaDdl022: Warszawa i nie po znajomości, ale nie chce mi się tu z tego tłumaczyć ( ಠ_ಠ) weź pod uwagę że taki wiek to też zerowy podatek PIT i inne profity, więc taka kwota jest łatwiejsza do osiągnięcia. No i trochę szczęścia na pewno też, zaczynałem dużo niżej