Wielki łikend, rodzina 100% Chrześcijańska, nie wolno pracować, koszyczki, jajeczka, te sprawy a ja wracam o 2:30 upier***ony cały smarem z warsztatu, z bananem na ryju że w końcu mogłem zabrać się za motocykl. Jakiś chyba odmieniec jestem. Swoją drogą, mina sąsiada w garniaczku, śmiesznie malutkim koszyczkiem w ręku i kompletem rodzinki za plecami dreptających do kościoła podczas gdy ja biegam po warsztacie, otwieram drzwi, okna i gaszę spawarkę która znowu miała

TheRans








