To był piękny sobotni dzień, zaraz zacznie się długi weekend i wspaniałe kilka dni wolnego. Nie ma mnie dla nikogo- kompletnie, dla nikogo. Na długie pięć dni zapominam o pracy. Kawka, papierosik i na bujak na werandę... będę sobie patrzył w skupieniu jak zieleniąc się coraz bardziej, rośnie trawka. Bachory śpią i korzystam z ciszy podwójnie- a nawet potrójnie bo stara też z rana wyrwała się na zakupy. Odpoczywam i się relaksuje bo następna taka okazja zdarzy się pewnie nieprędko. Nawet psa zamknąłem w domu żeby mnie nie wpieprzał tym, że jest i biega jak oszalały psując moją wizję spokoju. Odpoczywać... cisza, spokój, kawa i myśli... takie własne... świąteczne... nie, że za chwilę trzeba wstać do pracy, zrobić dzieciom budyń, kupić zasrany nawóz na grządkę i mięso na obiad. Myśli moje, takie prawdziwe... pełen luz, pełna filozofia matka wszelkich nauk... jak tu mieć krótkie paznokcie u nóg a nie musieć się schylać żeby je obcinać.
Oczywiście wszystko co piękne szybko się kończy- więc i moje rozważania przerwał mi dźwięk telefonu. Spoglądnąłem na wyświetlacz i widzę na nim zdjęcie mojej osobistej małżonki. Sama sobie to selfie pieprznęła żeby mężunio od razu wiedział kto dzwoni. Słodki Jezu- gdzie są czasy kiedy jeszcze nie była moją żoną a ja miałem Nokię 3210 i starszego brata który ożenił się dziesięć lat wcześniej. Przynajmniej był tak uprzejmy, że poinformował mnie na czym polega gehenna małżeństwa. Niestety byłem tak głupi, albo tak zakochany- co na jedno wychodzi, że i tak ocyganiłem kapłana w kościele i wyszedłem z niego już jako „żonaty”.
O błogosławiony okres kiedy moja małżonka była tylko moją dziewczyną- a moja Nokia była tylko moja i nikt nie miał do niej dostępu- miałem ją tam wpisaną pod hasłem „Maszkara”- i choć była śliczna- to z opowieści brata wiedziałem i tak co mnie czeka w przyszłości. No więc szczerzy się do mnie z ekranu moja małżonka co w połączeniu z „Marszem Pogrzebowym” jaki sobie ustawiłem jako dzwonek od niej stwarza dość depresyjną sytuację. Nie zrobiłem tego jednak, bo jej nie lubię czy nie kocham- po prostu nigdy do mnie nie dzwoni. To znaczy dzwoni i to sto razy dziennie, ale za każdym razem wróży to kłopoty, ponieważ dzwoni do mnie na zasadach komiksowych... był „człowiek- nietoperz”, „człowiek- rakieta”, no i jest moja małżonka czyli „kobieta- żona” .
Dlaczego to takie nieszczęście? Bo ja muszę dzwonić lub esemesować kolejno- w walentynki, dzień kobiet, rocznicę poznania, rocznicę ślubu, narodziny dziecka nr1, narodziny dziecka numer 2, nierzadko też muszę do tego dołączać jakieś załączniki w postaci pachruścia z Biedronki za osiem złotych i tak grosz do grosza- co miesiąc muszę pamiętać o tych życiowych porażkach. Nie liczę sytuacji kiedy powinienem być jakimś zasranym wróżbitą i wiedzieć, że ma okres, migrenę, słabszy dzień, depresję, leje deszcz- a do Europy ciągnie milion uchodźców. Powinienem być połączeniem Kaszpirowskiego, Einstaina, Kopernika i psa myśliwskiego żeby czuć w trzy przecinek dwie sekundy, że moja żona potrzebuje mnie usłyszeć przez telefon... a- i jeszcze najlepiej żebym mówił jakieś słodkie p--------y, które poprawią jej humor. Nie dodam już, że humor który najczęściej sobie sama zepsuła pogaduchami z koleżankami z pracy których poziom intelektualny stoi gdzieś między kołkiem a dziurą w płocie.
Chwilę temu sam sobie zadałem pytanie- czy moja małżonka do mnie dzwoni? Dzwoni i to zawsze wróży kłopoty- Kup ziemniaki na obiad- i dodaje zawsze magiczne słowo- słowo „alibi”- kochanie. Upoważnia ją to potem do wytykania mi, że nigdy nie okazuje jej czułości- a ona mi zawsze. Wygląda to tak- Odbierz dzieci ze szkoły kochanie, kran cieknie pogrzebałbyś tam kochanie, kup mi rajstopy jak będziesz w sklepie kochanie- okazywanie czułości- k---a mać- czasem wolałbym żeby mnie po prostu trzasnęła w papę. Pobolało by kilka minut a irytacja by przeszła po kilku sekundach. I tak dzwoni do mnie dzień w dzień, sto razy dziennie z każdą pierdołą, obarczając mnie czymś o czym sam zazwyczaj dobrze wiem bez jej pomocy- a cenę za to płacę o wiele większą niż jest warta ta cała jej paplanina.
No więc dzwoni- „Marsz Pogrzebowy” gra- a ja wiem, czuję przez grzybicę stóp stykającą się z płytkami na werandzie, że mam kłopoty i mój święty spokój od tak dawna planowany właśnie trafił szlag.
Odbieram i wyprzedzając fakty walę z grubej rury- Co się stało kochanie? Co się stało- bo na pewno coś się stało- a kochanie dodaje tylko po to, żeby samemu od niej nie słyszeć tego wyświechtanego p--------a.
-Miałam stłuczkę- usłyszałem.
Wypada zapytać czy nic jej się nie stało- więc zapytałem i jak zwykle nie usłyszałem tego o co pytałem. Za to wytrajkotała mi, że samochód zniszczony, że cały przód pogięty i coś się wylewa na ulicę- a najlepiej to żebym w ogóle przyjechał i sam zobaczył.
To jadę. Zakładam dresy, buty, bluzę i będę musiał się przepychać przez miasto, bo moja szacowna małżonka miała kaprys w coś przypierdzielić w piękny sobotni ranek.
Wsiadam do samochodu i odruchowo zaglądam do schowka gdzie mam schowany telefon numer dwa- pieszczotliwie nazwany przeze mnie „k--------m”- jest to taki telefon przez który wykonuje rozmowy o których nikt oprócz zainteresowanych stron nie ma prawa wiedzieć. Spoglądam i widzę, że mam na „k--------e” jedenaście nieodebranych połączeń- numeru mojej znajomej, którą poznałem w celach różnych- najczęściej- a właściwie tylko i wyłącznie erotycznych.
Oddzwaniam i po pierwszych pięciu zdaniach byłem tylko zdolny wyjść z samochodu, oprzeć się o maskę- a potem kolejno dostać zawału, wylewu, udaru, padaczki, rzeżączki, pneumokoków, gonokoka, i zapalenia płuc naraz. Kiedy mi zaciemnienie w oczach choć trochę ustąpiło, ciśnienie tętnicze wróciło do normy na tyle, że żyła na moim czole przestała przypominać kabel od betoniarki, dotarło do mnie to co usłyszałem.
Mówiąc krótko- moja szacowna małżonka (ruda małpa) uderzyła w samochód (pieprznęła mi w bok jakimś czerwonym złomem) mojej równie szacownej kochanki. Przynajmniej te dwie relacje z babskich ust jako tako się pokryły.
Zawsze myślałem, że nadejdzie dzień kiedy wyda się fakt, iż posiadam kobietę na boku- ale zawsze też- a raczej było to stuprocentowo pewne- że zostanę złapany na gorącym uczynku- albo przynajmniej będę w tym miejscu- nie wiem- w szafie, na balkonie, będę uciekał przez jakieś krzaki przed prywatnym detektywem- ale, że tak?- w stutysięcznym mieście, dwie teoretycznie nie mające się prawa znać, i statystycznie nie mające się prawa spotkać kobiety wpadły na siebie na jednym i tym samym pchlim targu? Zupełnie bez mojego udziału? Słodki Jezu, Allahu, o Wielki Manitou- zaraz zacznę wierzyć, że Ziemia jest płaska, pływa po wszechoceanie na czterech giga krokodylach. To jest k---a po prostu niemożliwe- matematyka, statystyka i logika na to po prostu nie zezwala!
Usystematyzujmy, bo mnie zaraz szlag trafi. Posiadam żonę która o istnieniu kochanki naturalnie nie wie. Posiadam kochankę która też nie wie, że posiadam żonę- bo... powiedzmy, że przez roztargnienie i nadmiar zajęć zapomniałem jej o tym zakomunikować. Spotkały się na drugim końcu miasta i spotkanie to na razie zaczęło się tylko stłuczką... jeszcze nic nie jest stracone. Żyję, oddycham, nie zauważam śladów mojej krwi tętniczej na zewnątrz organizmu- jeszcze nie jest źle.
Żona ma auto zarejestrowane na firmę- ale i tak w dokumentach stoi moje nazwisko, kochanka mojego nazwiska nie zna- bo jak wspominałem przez roztargnienie albo podałem inne... albo coś w tym stylu, w końcu poznałem ją w sieci- a tam nic nie jest naprawdę. Jednak nazwisko zna, bo sam jej ten samochód kupiłem. Tyle tylko, że powiedziałem, że zrobił to kolega i od razu dałem do umowy kupna sprzedaży, umowę darowizny- tyle tylko, że tej leniwej larwie nie chciało się do tej pory tego załatwić w wydziale komunikacji. Może się nie zorientują? Roztrzęsione baby- kurde- zazwyczaj wtedy jak się w-----ą- ta jedna synapsa ma dyżur i zawsze w ostatniej chwili coś pieprznie- a nie daj Boże jak się dogadają, zaprzyjaźnią i pójdą na kawę- w sumie mógłby wyjść z tego jakiś trójkąt... Święty Jacku- o czym ja teraz myślę! Sam już się gubię. Popieprzone ponad ludzkie pojęcie.
Pojadę to mnie zabiją od razu- jedna wbije mi swoje szpilki w oko- a druga dobije reklamówką z Biedronki pełną puszek dla kota. Nie pojadę- może będę żył. Dzwonię na przemian z jednego telefonu do kochanki, z drugiego do małżonki. One też do mnie n----------ą dumne i blade- już to widzę oczyma wyobraźni:
-Proszę Panią zanim coś zrobię muszę się skonsultować z moim mężem.
-A ja proszę Pani muszę zadzwonić do swojego chłopaka i też muszę się skonsultować.
Jakby wiedziały, że gadają o jednej i tej samej osobie- to może by się tam na miejscu pozabijały? Wreszcie miałbym spokój.
Niestety- jedną odbieram, to drugą odrzucam- w końcu jadę do nich przez całe miasto, nie mam słuchawki- a policji od cholery więc jeszcze mi mandat wlepią albo sam będę miał stłuczkę- to wersja oficjalna. Prawda jest taka, że nadal stoję w garażu i myślę jak przełknąć ten kał.
Po trójstronnych konsultacjach telefonicznych uznałem, że wina leży po stronie mojej małżonki- i nie dlatego, że leży- tylko dlatego, że akurat miała pecha i to jej samochód nie może odjechać z miejsca kolizji. Kochankę przestraszyłem porządnie, że skoro tamten babsztyl się przyznaje- to bierz dane numer polisy i wypierdzielaj stamtąd ino ci dym spod kopyt pójdzie. Na szczęście tak zrobiła- a szczęście większe, że zrobiła to czym prędzej.
Jedną mam z głowy. Pojechała do domu- co prawda zła bo cały bok rozbity- ale szczęśliwa, że skończyło się bez policji, mandatów i tym podobnych wywijasów. Chyba nawet adrenalina zadziałała na nią pozytywnie- bo przysłała mi świńskiego smsa- co mi zrobi jak do niej przyjadę.
Mnie też adrenalina opadła- więc pomyślałem- po kiego grzyba jestem tam małżonce potrzebny? Samochód jest nowy, ma AC, OC, NW i w ogóle wszystko oprócz w miarę inteligentnego użytkownika- po co mam tam jechać? Zadzwoniłem do ubezpieczyciela i po godzinie moja małżonka była już w domu autem zastępczym objuczona zakupami jak muł. Ruszyłem tylko delikatnie samochodem, żeby w ogóle było widać, że chciało mi się gdzieś wyjeżdżać i wróciłem na swojego bujaka na werandę.
Wróciłem na swoje krzesełko. Pomijam oczywiście fakt, że przez bite dwie godziny musiałem pocieszać małżonkę, koić jej zszargane nerwy dobrym słowem- a międzyczasie zastanawiając się jak to kobiety mają tendencję do porównywania się do małp. Jakby nie patrzył- jedna drugą ochrzciła mianem blond małpy, a z drugiej strony- ruda małpa. Jakby nie patrzeć jestem zoofilem współżyjącym z małpami. W duchu sobie też uzmysłowiłem, że uratowałem im życie- bo jakby mnie tam zobaczyły to obydwie padły by na serce, albo poszły do więzienie za mord na mnie- a podwyżka składek ubezpieczeniowych i tak mniej mnie szarpnie niż rozwód i pogrzeby.
Siedzę więc sobie na swoim krzesełku- co prawda czterdzieści lat starszy, z zimną kawą ale szczęśliwy, bo zanim przyjdą faktury z ubezpieczalni i żyła na czoło znów mi wyjdzie- to czeka mnie wspaniały długi weekend.
Tak było rok temu- dokładnie bez dwóch dni. Od tej pory sytuacja niewiele się zmieniła- a właściwie wcale. Straty pokryłem, sprawę udało się tak zwywijać, że nikt niczego się nie domyślił- ale w tym roku, dokładnie za dwa dni- to ja robię zakupy na święta!