Taką kocią biedę dziś udało się uratować. Leżała słaba i odwodniona na głównej ulicy mojego śmierdzącego miasta. Oprócz odwodnienia mnóstwo pcheł, robaki w brzuszku i biegunka, kociego kataru na szczęście brak. Dostała dziś parę zastrzyków i kroplówkę oraz została spsikana preparatem na pchły. Mieszka sobie póki co w mojej łazience, nie mogę jej stamtąd wypuścić bo mam już dwa swoje niewychodzące sierściuchy, poza tym boję się epidemii pcheł w całym mieszkaniu :(
Wiecie co, nie mam nic gorszego niż... marcowanie kotów, godzina pierwsza w nocy słyszę "płacz" dziecka za oknem, ciemno jak w dupie, płacz z garażu naprzeciwko, ciśnienie prawodobnie już zawałowe, ale wiadomo, że nie zrobię głośniej tv i nie oleję sprawy. Ubieram się, gdzieś tam w kieszeni nóż w razie co, latarka no i idę. Nogi jak z galarety jeszcze 2 jęknięcia po drodze słyszę, myślę k---a to się nie dzieje naprawdę
To i ja pokażę moje kaskady - 4 lata zapuszczania, dbanie w systemie "jak mi sie przypomni to coś z nimi zrobię", końcówki co parę miesięcy do ścięcia i tyle. No i kolor poprawiony, bo naturalnie jestem szara mysza :p Pofalowały się od warkocza - w końcu nauczyłam się w nim spać i nagle niebieski przestał mi wyrywać włosy przez sen :D
źródło: comment_4vHafkW9TioZFyyUkuvanznlwd51r2p7.jpg
Pobierz