Ja to robiłem trochę inaczej. W rowie wyrównawczym, który łączył dwa jeziora wbijałem kawałek kija, do kija wiązałem trupa potrąconego przez samochód kurczaka czy flaki po patroszeniu kaczki z hodowli dziadka, obciążałem to kamieniem. Dwa metry dalej w rowie były ścięte gałęzie, które robiły za kryjówkę węgorzy. Po kilku takich karmieniach dziadek brał widły, szybko wyciągał na trawę gałęzie, a z gałęziami węgorze. Potem węgorze się wędziło.
Komentarze (1)
najlepsze