Jazdę do pracy na rowerze w tym roku zacząłem gdzieś od drugiego tygodnia marca. Do tej pory zazwyczaj wystarczał taki zestaw: dwie szybkoschnące koszulki treningowe, jedna z krótkim, druga z długim rękawem (czasem jedna zakładana pod drugą), do tego luźne przewiewne spodnie jedne z krótką, drugie z długą nogawką oraz oczywiście rękawice, bo łapy najszybciej sztywnieją od zimna i wiatru.
W marcu i na początku kwietnia chyba dochodziła jeszcze lżejsza czapka zimowa i jakaś wiatrówka. W maju chyba pojawiły się pierwsze większe deszcze. Co prawda przemoczone ciuchy to nie był problem ze względu na temperaturę (btw. w tym roku przeszedłem na mantrę im mniej ubierasz, tym mniej do suszenia), ale dokupiłem czapeczkę rowerową z daszkiem, po tym jak w nocy przy mocnych opadach okulary mi zaparowały (bez nich gówno po ciemku widzę) i mało nie wjechałem pod auto.








"Głupiego ryja" nawet za bardzo nie obiłem, tylko została obcierka w okolicach okularów. Najsilniejsze uderzenie przyjął bark. Do tego lekko obdarty łokieć i piny z platform przejechały po piszczelu jednej nogi. Co ciekawe jak dzisiaj wstałem, to bardziej unieruchomiona była druga strona ciała - zgaduję, że ponaciągane mięśnie. Powychodziły jakieś nowe siniaki, których wczoraj nie było. Ogólnie dużo lepiej czułem się w dniu dachowania niż dzisiaj. Pobijany jestem, ale raczej nic poważnego - co prawda nieprzyjemny, ale pełny zakres ruchu w obrębie barku.
Rower musiałem prowadzić na tylnym kole, bo przód nie za bardzo chciał się kręcić. Koło wykręciłem i wrzuciłem w centrownicę - wygląda, że nie ucierpiało. Później sprawdziłem widelec przekładając koło na dwie strony i odległości też wyglądają dobrze. Na ramie nie znalazłem żadnych dużych ubytków.
Nie
źródło: comment_Yq37XclCZNx5RJPDSJBMdtOrodvSsVj5.jpg
Pobierz