Założyłem sobie konto jako część terapii. Mam 26 lat. W czasie studiów pękłem. Nigdy nie byłem imprezowiczem ale miałem jakichś tam kolegów i zainteresowania. Studiowałem logistykę. Nie jest to moja pasja, po prostu wybrałem taki kierunek. Inżynierkę zrobiłem i na 4 roku wszystko się zesrało. Od zawsze byłem trochę melancholijny ale w 2019 zaczął się straszny zjazd. Depresja na całego. Skończyło się na tym, że magisterki nie napisałem i rok od września 2019 do listopada 2020 siedziałem w chacie i niby „szukałem pracy”. (Pierwszy dzień w pracy byłem 2 listopada 2020) Przez ten czas depresji nie pomagało jak znajomi wrzucają zdjęcia z ślubów i porodów a ja jak mi mama nie zrobi śniadania to nic nie zjem bo po? Pandemia też robiła swoje, od stycznia 2020 miałem wymówkę, że ciężko na rynku pracy a i łatwiej było odmawiać wyjścia na miasto bo nikt nie wychodził. Parę relacji utraciłem ale na szczęście udało mi się nie stracić „Przyjaciół” których mam 2 może 3. Zacząłem brać leki od psychiatry, nie wiem czy one pomagają czy to wszystko dzięki mojej woli, że coś zacząłem zmieniać. Jedyne co zaobserwowałem to, że bez tych leków kiedy czułem się jak g---o to płakałem a od kiedy je biorę to nie płakałem ani razu a bywa że czasem czuje się podobnie źle. Byłem też u psychologa parę razy, fajny koleś ale to takie pogadanie o problemach i nic więcej. On za mnie nic nie zrobi a tania to taka porada nie jest. Teraz pracuje w spółdzielni mieszkaniowej (spółdzielnie mieszkaniowe to w ogóle jest komuna totalna, jakby tak opisać dokładnie co się tam dzieje to wszystko jest do przebudowy, cała struktura firmy jest archaiczna na maxa. Średnia wieku wiary z którą pracuje to ponad 50 lat by wyszło ale wszyscy mili i kulturka). Prace dostałem niby po znajomości bo jestem SYNEM PREZESA który zna prezesa, kolegę prezesa ale w sumie nikt się na moje stanowisko nie zgłosił. Byłem jedynym chętnym. Zarabiam 2700, bardzo mało bo mam się za inteligentnego typa. Angielski znam, ogarnięty, wyglądam nieźle, wzrost trochę lipa bo 170 cm. W czasie depresji przytyłem 6 kilo i ważę teraz 76 kilo. Masakra, nigdy nie miałem „bebzola” a teraz kilku już się na niego patrzyło.
Piszę to bo chce tu wrócić za rok i zdać relacje. Nie jestem na początku walki bo od roku wykonałem ogromną prace ale jest jeszcze dużo do zrobienia, żeby było dobrze. Na ten rok mam ambitne plany, zobaczymy co się da zrobić bo to nie jest tak, że jestem zdrowy i szczęśliwy. Cały czas są słabe dni. Często myślę o śmierci i ogólnie o tym, że to nie ma wszystko sensu.
@sheev66: chodzisz na imprezy, miałeś okazję studiować dłużej niż rok, masz znajomych. Nie masz prawa tagować świętym tagiem. Ja ostatni raz kogoś poznałem w 2015, a mam 22 lata, mieszkam w Warszawie. Tfu na ciebie normiku, jesteś tym samym co julki z "depresją". Usuń konto i idź na imprezę.
Założyłem sobie konto jako część terapii. Mam 26 lat. W czasie studiów pękłem. Nigdy nie byłem imprezowiczem ale miałem jakichś tam kolegów i zainteresowania. Studiowałem logistykę. Nie jest to moja pasja, po prostu wybrałem taki kierunek. Inżynierkę zrobiłem i na 4 roku wszystko się zesrało. Od zawsze byłem trochę melancholijny ale w 2019 zaczął się straszny zjazd. Depresja na całego. Skończyło się na tym, że magisterki nie napisałem i rok od września 2019 do listopada 2020 siedziałem w chacie i niby „szukałem pracy”. (Pierwszy dzień w pracy byłem 2 listopada 2020) Przez ten czas depresji nie pomagało jak znajomi wrzucają zdjęcia z ślubów i porodów a ja jak mi mama nie zrobi śniadania to nic nie zjem bo po? Pandemia też robiła swoje, od stycznia 2020 miałem wymówkę, że ciężko na rynku pracy a i łatwiej było odmawiać wyjścia na miasto bo nikt nie wychodził. Parę relacji utraciłem ale na szczęście udało mi się nie stracić „Przyjaciół” których mam 2 może 3. Zacząłem brać leki od psychiatry, nie wiem czy one pomagają czy to wszystko dzięki mojej woli, że coś zacząłem zmieniać. Jedyne co zaobserwowałem to, że bez tych leków kiedy czułem się jak g---o to płakałem a od kiedy je biorę to nie płakałem ani razu a bywa że czasem czuje się podobnie źle. Byłem też u psychologa parę razy, fajny koleś ale to takie pogadanie o problemach i nic więcej. On za mnie nic nie zrobi a tania to taka porada nie jest. Teraz pracuje w spółdzielni mieszkaniowej (spółdzielnie mieszkaniowe to w ogóle jest komuna totalna, jakby tak opisać dokładnie co się tam dzieje to wszystko jest do przebudowy, cała struktura firmy jest archaiczna na maxa. Średnia wieku wiary z którą pracuje to ponad 50 lat by wyszło ale wszyscy mili i kulturka). Prace dostałem niby po znajomości bo jestem SYNEM PREZESA który zna prezesa, kolegę prezesa ale w sumie nikt się na moje stanowisko nie zgłosił. Byłem jedynym chętnym. Zarabiam 2700, bardzo mało bo mam się za inteligentnego typa. Angielski znam, ogarnięty, wyglądam nieźle, wzrost trochę lipa bo 170 cm. W czasie depresji przytyłem 6 kilo i ważę teraz 76 kilo. Masakra, nigdy nie miałem „bebzola” a teraz kilku już się na niego patrzyło.
Piszę to bo chce tu wrócić za rok i zdać relacje. Nie jestem na początku walki bo od roku wykonałem ogromną prace ale jest jeszcze dużo do zrobienia, żeby było dobrze. Na ten rok mam ambitne plany, zobaczymy co się da zrobić bo to nie jest tak, że jestem zdrowy i szczęśliwy. Cały czas są słabe dni. Często myślę o śmierci i ogólnie o tym, że to nie ma wszystko sensu.
Cele
Komentarz usunięty przez moderatora