Absurdem naszych czasów jest to, że najgorzej opłacane zawody wymagają fizycznej obecności, przez co zwykły człowiek dosłownie pracuje po to, by mieć za co dojechać do pracy. Szarak z kołchozu przepala lwią część swojej skromnej wypłaty na coraz droższe paliwo, podczas gdy korpo-Anetka na home office klika w Excela z kanapy, całkowicie oderwana od cen na dystrybutorach, a na konto i tak wpada jej znacznie więcej. Ta drastyczna dysproporcja uderza ze zdwojoną siłą w mieszkańców wsi i mniejszych miejscowości, dla których samochód to nie luksus, a jedyne narzędzie przetrwania, bo wszędzie jest daleko. W wielkim mieście, nawet gdy korporacja "ukarze" pracownika przymusową hybrydą, wystarczy odbić bilet w metrze czy autobusie za ułamek kosztów utrzymania auta, mając w poważaniu to, ile dzisiaj kosztuje diesel. Koszty transportu powoli zjadają jakikolwiek sens ekonomiczny życia na prowincji, co w drastycznym tempie przyspiesza migrację do betonowych, miejskich dżungli, gdzie paradoksalnie żyje się dziś taniej i łatwiej. W głowie rodzi się więc dość niepokojący wniosek i pytanie: a co, jeśli ten systematyczny drenaż portfeli i wymuszona ewakuacja do miast to nie jest czysty przypadek? Może celowo dusi się prowincję kosztami życia, by ostatecznie za bezcen zająć i wykupić opuszczone ziemie z rąk ludzi, którzy zostali przyparci do muru przez system? Zostaniemy zamknięci w miejskich klatkach, zależni od zbiorkomu i wynajmu, a nasze dawne tereny za ułamek wartości przejmą ci, którzy w tej grze od początku rozdają karty. #teoriespiskowe #kolchoz #paliwo #przemyslenia #zalesie #gospodarka #praca
- Najlepsze
- Wszystkie komentarze






@krzysiekGD: o czym ty naziolu bredzisz?